POLARNY W IRLANDII

piątek, 17 października 2008

Jedzenie w Irlandii to osobna historia. Poznałem ją zarówno z autopsji, jak i z opowieści polaków obsługujących różnego rodzaju garkuchnie, Fast Foody i pizzerie, a także od samych Irlandczyków. Nie wiem czy to, co usłyszałem dotyczy całej Irlandii, ale pewnej jej części na pewno.

Będę posługiwał się ogólnikami i często generalizował, ale w ten sposób przedstawię obraz szamania, jaki odebrał swymi ślepkami Polarny.

Polarny miał wrażenie, że Irlandczycy generalnie nie gotują we własnych domach, co potwierdzają oni sami, twierdząc, że nie wielu Irlandczykom chce się gotować w domu. Poza tym w Irlandii czas na obiad to godzina między mniej więcej 12 a 15, a wówczas wszyscy są w pracy lub szkole. Przyjazd do domu nie miałby sensu szczególnie, gdy szkoły czy miejsce pracy znajduje się kilkanaście a czasami nawet kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania. Z tego tez powodu Irlandczycy – mali i duzi stołują się na mieście.

Zwyczaj jadania na mieście spowodował olbrzymi rozwój różnego rodzaju jadłodajni, barów, restauracyjek, fastfoodów, Fish end chipsów, itp. Dla przykładu podam, że w Kiltimagh, które ma około 1000 stałych mieszkańców i około 200 osób ludności napływowej, jak np. moja KM-ka znalazłem: 3 fastfoody serwujące tradycyjne w Irlandii frytki nazywane chipsami, a także pizze, hamburgery, kebaby, oraz nieśmiertelne w Irlandii zapiekane kanapki z tostów, bułek, lub bagietek; 2 restauracyjki chińskie, w której jedna specjalizowała się w jedzeniu na wynos i cateringu, a druga bardziej w jedzeniu na miejscu chociaż na wynos też można było coś zamówic; bar kanapkowy, 4 puby w których oprócz wypicia historycznego Guinessa można było zjeść również nieśmiertelne zapiekane kanapki; jedną restaurację hotelową i dwie mini restauracyjki, które ja nazywam jadłodajniami ponieważ otwierane są o 12 a o 18 są już zamykane. Te dwie ostatnie służą li tylko do zjedzenia obiadu tutejszym mieszkańcom.

Oprócz ww. wymienionych miejsc na spożycie lunchu jest jeszcze kilkanaście pubów w których kwitnie całe życie towarzyskie tego miasteczka, ale o piciu będzie w następnym odcinku..

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że po 18 nie ma co zjeść na mieście, jeżeli chciałoby się usiąść przy piwku, pogadać i zjeść porządny ciepły posiłek. Jedynie fastwoody otwarte do 20, a chińczyki są nawet do 2 w nocy. W innych miasteczkach w okolicy jest podobnie. Ma się dziwne wrażenie, że po 18 miasto zamiera (inne również) nie ma prawie ludzi na ulicy, a jedynych, których można spotkać to w pubach, albo sklepach spożywczych

Podstawą wszelkich irlandzkich wynalazków kulinarnych jest wołowina i kurczaki, oprócz tego jest również używana wieprzowina, ale w dużo mniejszym zakresie. Najfajniejsze jest to, że częściej od wieprzowiny można trafić na różnego rodzaju dania z baraniny, która jest tu uważana za przysmak z czym się w 100% zgadzam. Jednak wołowina i kurczaki królują nade wszystko.

Gro jedzenia zamawiana jest przez Irlandczyków na wynos przez telefon. Dzieciaki w czasie lunchu masowo okupują Fast foody, w których na kilogramy zajadają się wielkimi frytkami z różnymi sosami na bazie majonezu. Do tego czasami zamawiają jakieś mięso, albo rybę. Jednak jak zauważyłem generalnie zamawiane są hamburgery z frytkami i colą lub też tosty czyli zapiekane kanapki lub bagietki.

Zapiekane kanapki są praktycznie do dostania wszędzie. Na większości stacji paliw, prawie we wszystkich trochę większych sklepach spożywczych, no i oczywiście w pubach i Fast foodach. Taka kanapka to nic innego, jak dwa kawałki chleba tostowego wyłożone jakimś mięsem, bardzo często skrawanym pieczonym bekonem, krojoną zapiekaną wołowiną lub też np. różnymi szynkami czy kiełbasą salami. Na to wszystko wrzucane są różne warzywa, najczęściej pomidor, cebula, jakieś sałaty, czasami kukurydza lub inne dodatki. Całość jest posypywana serem i albo jedzona na zimno z sosami albo zapiekana w opiekaczu i jedzona na ciepło. Ot takie dietetyczne żywienie.

Stąd też pewnie znaczna otyłość wśród irlandzkich dzieciaków. Duża część z nich ma problemy z otyłością, szczególnie dziewczyny. W jednym z młodzieżowych sklepów w Galway, kiedy szukałem czegoś dla CD, miałem możliwość zaobserwowania dziewcząt w wieku około 16-18 lat, które w przerwie na lunch udały się poprzymierzać ciuchy. Wśród przeszło dwudziestu „licealistek” trudno było znaleźć jakąś o normalnej budowie. Większość miała szczupłe twarze i ramiona i szerokie biodra z których wylewał się zwały tłuszczu z wciśniętych na siłę biodrówek. Brzuchy wylewały się z pod przykusych bluzeczek. Zastanawiałem się jedynie czy to problem diety czy też uwarunkowania genetyczne.

Z tego co mi mówili sami Irlandczycy, na tych terenach na których byłem, je się przede wszystkim mięso. Jedzenie jest dość tłuste i wysokokaloryczne, często robione na słodko. Irlandczycy nie znają zup w polskim pojęciu tego słowa. Na przykład zupa warzywna (jarzynowa) przypomina bardziej nasz krem warzywny niż zupę i do tego jest bardzo gęsta. Zupa mięsna przypomina gęsty gulasz. Nie jada się u nich takich zup, jak kalafiorowa, brokułowa czy np. pieczarkowa mimo, iż te warzywa i grzyby są ogólnie dostępne. Warzywa te się je w różnego rodzaju sosach i sałatkach z majonezem, albo gotowane na wodzie, jako dodatek do mięs. Często można spotkać np. w jadłospisie pieczarki, które dodawane są jako dodatek do pieczonych lub duszonych mięs, szczególnie baraniny. Bardzo smaczna jest również dynia przyrządzana na wiele sposobów.

Po rozmowach z ludźmi ma się nieodparte wrażenie, że większość je tam gotowe wytworzone produkty, albo w „jadłodajniach” albo w domu z zakupionych w spożywczakach gotowych dań. Uważam to za straszne. Ten brak gotowania własnego żarcia częściej spotykane jest wśród młodych Irlandczyków, starsi ciągle jeszcze gotują posiłki, chociaż coraz częściej również oni idą na łatwiznę i jedzą się na gotowce.

Poza tym w Irlandii nie przywiązuje się tak dużej uwagi do jedzenia, jak w Polsce. W Irlandii się je po to, aby przeżyć i jedzenie samo w sobie nie jest specjalnie celebrowaną okazją do spotkań towarzyskich czy rodzinnych. To oczywiście tylko moje obserwacje i wnioski wyciągnięte z rozmów i nie muszą być rzeczywistym wyznacznikiem kultury jedzenia w Irlandii.

Polskie jedzenie jest uważane przez Irlandczyków za bardzo dobre i dziwią się, że są w sklepach całe działy z „polish food”., albo całe Polskie Sklepy, a nie ma polskich „jadłodajni” na wzór chińskich. Myślę, że to może być całkiem niezła żyła złota, jeżeli będzie się miało trochę pieniędzy do zainwestowania w taki właśnie „Polish Perk”.

Osobiście nie omieszkałem zagustować w irlandzkiej baraninie. Hitem lokalnych kulinariów jest barania wątroba z grilla zawijana w grillowany bekon. Sama wątroba przypomina w smaku wieprzową, ale jest bardziej sucha i wiórowata, jednak cały smak potrawie właśnie nadaje soczysty grillowany, mocno solony bekon. Dopiero, gdy kroi się wątrobę razem z bekonem cała potrawa nabiera naprawdę fajnego smaku. Do tego podano Polarnemu nieśmiertelne chipy wielkości dużego męskiego kciuka, oraz dynię i marchewkę. To wszystko można było sobie podlać baranim sosem z pieczonego baraniego udźca. Co dziwne zapytano nas czy chcemy sosu, bo niby Irlandczycy tego sosu nie jadają. Najśmieszniejsze, że obsługująca nas kelnerka nie wiedziała jak nam wytłumaczyć, że to co nam proponuje czyli sos to … sos. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach wpadła na pomysł by użyć słowa sauce. Wcześniej używała innych określeń między innymi gravy. Wytłumaczyła nam później, że wyrazu sauce używa się tylko dla określenia tych sosów na bazie majonezu czy też innych sosów z butelek, natomiast naturalne sosy mięsne nazywane są po irlandzku, albo też właśnie określane jako gravy.

Jeżeli chodzi o baraninę to słyszałem od Irlandczyków, że regionalną potrawą są również nadziewane baranim mięsem i kaszą baranie żołądki, ale tego specjału nigdzie nie udało mi się upolować.

Z sosów butelkowych najbardziej smakował mi Ireland Original Chief Sauce zrobiony na bazie octu winnego i koncentratu pomidorowego z dodatkiem różnych ziół i przypraw i innych dodatków, który smakował jak mielone maślaki w occie.

Na koniec chciałbym obalić mit jakoby irlandzkie pieczywo było nie smaczne. Gówno prawda wybór pieczywa w Irlandii jest ogromny. Dużo większy niż w Polsce i każdy może znaleźć dla siebie coś odpowiedniego. Faktem jest, że polish bread nie ma nic wspólnego ze smakiem polskiego chleba, a pszenne bułki są co najmniej dziwne w smaku, ale jak ktoś się naprawdę uprze to może pojechać sobie do polskiego sklepu i kupić.

 

 

 

WNIOSEK: BIEDNY CZYTA MENU OD PRAWEJ DO LEWEJ, BOGATY NIE CZYTA – ZAMAWIA.

czwartek, 16 października 2008


Opinia Ofcy, stałej mieszkanki Irlandii o tym, że ludzie w tym kraju są bardzo mili nie jest ani odrobinę przesadzona. Pierwsze co mnie spotkało po przyjeździe do Kiltimagh to to, że wszyscy mi się kłaniali. Wieczorny spacer po naprawdę malutkim miasteczku, którego przejście zajmuje nie więcej niż 15 minut wiązał się z ciągłym kłanianiem obcym ludziom. Co chwila słychać było hello skierowane w stronę Polarnego. Polarny zdziwiony również helował na prawo i lewo. Kłaniały się staruszki i dzieci, kłaniali się podchmieleni Irlandczycy, a także inne nacje brunatno – żółto – kolorowe. Polarny poczuł się jak u babci Stasi na wsi, gdzie każdy każdemu kłaniał się grzecznościowo.

W miasteczku w którym mieszka KM-ka jest niewielu Polaków, ale cholernie jest miło, gdy w sklepie na dowidzenia rudy i cętkowany jak strusie jajo kasjer David, mówi z uśmiechem: - Dziękuję.

Ludzie są uśmiechnięci i pogodni. Na każdym kroku słyszy się angielskie przepraszam i dziękuję, i każdy każdemu ustępuje miejsca i drogi. To dla Polarengo było zaskakujące przeżycie, że ludzie dla siebie są tak życzliwi. Tu nie ma przepychania się w drzwiach, wchodzenia bez kolejek, wpychania się, aby być pierwszym. Jeżeli chcesz być pierwszy? Proszę bardzo, inni ustąpią Ci miejsca i tylko we własnych myślach skrytykują Twoją postawę, a Ciebie obdarzą miłym pogodnym uśmiechem.

MISIEK I ZAJĄC UNIA

Czy to standard? Mam nadzieję, że tak. Dla mnie w tych miejscach zachowania ludzi wyznaczały właśnie taki standard. Polakom do takich zachowań jest strasznie daleko. Może i brakuje w tym kraju kibli, a te które widziałem nie spełniają zbyt wysokich standardów, ale za to nie brakuje w tym kraju pogody ducha i życzliwości, których bym życzył wszystkim Polakom pozostającym w kraju.

Podam przykład bezinteresownej życzliwości pewnego Irlandczyka, który zaparkował wypasionego Mesia obok naszej zdezelowanej Charady.

Otóż w Galway wybraliśmy się z KM-ką na zakupy. Samochód zaparkowaliśmy w strefie płatnego parkowania, zapłaciliśmy za godzinę postoju i wyruszyliśmy na Galway, jak polska husaria na podbój Wiednia. Niestety w ferworze walki zagubiliśmy się trochę, a do tego czas walnął jak z bicza i zaczym się obejrzeliśmy dawno minął zapłacony czas parkowania naszego autka. Efekt wiadomy. Gdy w końcu znaleźliśmy „swój” parking na kole naszego samochodu były już założone kajdanki, a na szybie zastaliśmy naklejoną wielką płachtę z wezwaniem do zapłaty 85E grzywny i kontaktu pod wyznaczonym numerem telefonu.

Gdy Polarny zżymał się na tę sytuację jak stara szmata, z samochodu obok wysiadł wspomniany starszy Pan i gdy zobaczył nasze zmartwione miny sam z siebie zaproponował pomoc. A gdy zrozumiał, że jesteśmy obcokrajowcami słabo znającymi język, jego chęć niesienia pomocy potroiła się. Poprosił o kartę parkingową wyjął komórkę i sam zadzwonił do firmy, która zajmuje się odblokowywaniem samochodów. Poinformował nas, że urzędnik przyjedzie za 5 do 10 minut i czekał, aby dalej nam pomóc.

Po 10 minutach przyjechał gość od odblokowywania kół. Niestety on nie był tak wyrozumiały, jak ten starszy Pan, ale był równie miły. Nie pomogło tłumaczenie, że samochód jest pożyczony, a my nie mając mapy Galway zgubiliśmy się i nie mogliśmy znaleźć parkingu na którym zostawiliśmy samochód. Prawo jest prawem i facet nam nie odpuścił. Kazał zapłacić 85E i powiedział, że jak chcemy to możemy iść do biura magistratu, aby nam zwrócili tę kasę. Był przy tym bardzo miły i stwierdził, że sam nie może oddać tych pieniędzy, bo zgłoszenie zostało zarejestrowane w systemie, ale, że w magistracie na pewno nas zrozumieją i oddadzą pieniądze wydając jedynie pouczenie. No, ale komu się chciało iść szukać magistratu, który zamykano za pół godziny. Mieliśmy nauczkę, że trzeba pilnować się samochodu, albo płacić za kilka godzin postoju z góry. Takim o to sposobem Polarny zaliczył pierwszy i ostatni mandat w Irlandii.

Irlandczycy wszędzie okazywali olbrzymie zrozumienie, chęć pomocy i życzliwość. Urzędnik przy opłacie za ubezpieczenie samochodu sam z siebie zaproponował rozłożenie opłat na raty. Zaproponował również, że sam wyśle dokumenty samochodu do Shannon, pomógł przy tym wypełnić dokumenty o zmianie właściciela samochodu i dokładnie wyjaśnił, gdzie wykupić podatek drogowy.

Chciałbym, aby kiedyś w Polsce urzędnicy byli tak mili, a ludzie tak życzliwi jak w Irlandii. Z życzliwością spotykaliśmy się we wszystkich miejscach, na spacerze, urzędach, w sklepach i restauracjach. Skro wspomniałem o restauracjach to o irlandzkim jedzeniu będzie w następnym odcinku.

 

 

WNIOSEK: MOŻE TRUDNO W TO UWIERZYĆ, ALE LUDZIE Z NATURY SĄ DOBRZY

wtorek, 14 października 2008

 

Podróż rozpoczęliśmy z wielopoziomowego parkingu lotniska w Dublinie. Jak już wspomniałem wcześniej, parking również nie grzeszył czystością, ale nie czepiam się, bo mimo iż spodziewałem się czegoś więcej nie różnił się on syfem od innych polskich parkingów.

Wystartowaliśmy i Polarny zaczął obserwować otaczającą irlandzką rzeczywistość. Pierwsze co rzuciło się Polarnemu w oczy to jakość dróg. Tu Polarny robi wielki ukłon w stronę irlandzkich (polskich?) budowlańców. Drogi są naprawdę ekstra. Podróż po irlandzkich drogach to sama przyjemność. Nawet najmniejsze drogi są wylane asfaltem równiutkim jak stół. Tylko w jednym miejscu stwierdziłem, że droga była polepiona jak w Polsce, co oznajmiłem głośno wygłaszając sentencję: „O!! W końcu kawałek polskiej drogi”. Był to jednak odcinek zaledwie kilkuset metrowy, na przeszło 240 kilometrowej trasie podróży. Jak powiedział mi kierowca odtransportowujący mnie na miejsce przeznaczenia, żyjący w Irlandii od 6 lat, kiedyś drogi w Irlandii były jeszcze gorsze niż w Polsce. To dopiero w ostatnich 10 – 15 latach ten stan diametralnie się zmienił.

Polarny jednak nie byłby sobą, gdyby do beczki miodu nie dołożył łyżeczki dziegciu. Mankamentem tych pięknych dróg jest ich oznaczenie. Gdyby nie GPS, którym się posługiwaliśmy, opuszczenie Dublina dla nieznającego miasta kierowcy stanowi nie lada problem, a to za sprawą słabego oznaczenia pionowego i poziomego. Stwierdzenie, gdzie się jedzie, momentami nastręczało naprawdę problem, szczególnie, że część oznaczeń można było zauważyć dopiero w trakcie ich mijania, co było z reguły za późno. Niektóre tabice były ustawione za wcześnie i myliły niedoświadczonego kierowcę.

Poza idealną nawierzchnią o bardzo dobrej przyczepności, trzeba zwrócić również uwagę na szerokość dróg. Główne drogi z Dublina są ok. Mają odpowiednią szerokość i pobocze, jednak im głębiej w głąb kraju tym gorzej. Generalnie na wszystkich drogach poza tak zwanymi N-kami (drogi główne), coś takiego jak pobocze nie istnieje. A są miejsca, gdzie dwa duże samochody np. populanreterenowe Nissany ledwo się mijają. Przy tym często do samego asfaltu są budowane mury posesji i sadzone są żywopłoty, co przy mijaniu powoduje, że samochody się o nie rysują. Zauważyłem, że na terenach małych miasteczek i wsi samochody od lewej strony są bardzo często porysowane, szczególnie terenówki.

CAR POLAR BEAR POLARNY PRZY SAMOCHODZIE

W czasie podróży okazało się, że w każdym miejscu, gdzie się zatrzymaliśmy można było spotkać zatrudnionych Polaków. Byli wszędzie. Pierwszych spotkaliśmy już na lotnisku w informacji, a także w lotniskowych sklepach. Później spotykałem ich wszędzie: w pubach, restauracjach, w barach kanapkowych czy sałatkowych, na stacjach paliw, w sklepach. Praktycznie na dobrą sprawę prawie wszędzie można było porozumieć się po polsku.

Tak jak wszędzie byli Polacy, tak nigdzie na trasie nie można było znaleźć kibla. Sorry, że ja znowu o kiblu, ale to dla mnie ważne miejsce na świecie. Żadna stacja paliw (na której się zatrzymywaliśmy) na przeszło 240 km trasie nie miała toalety, ani miejsca, gdzie można by było umyć ręce. Nawet w barach kanapkowych, których w Irlandii jest zatrzęsienie nie ma mowy o tym, aby przed jedzeniem można było umyć ręce.

Na prawie 50 kilometrowym odcinku autostrady w ogóle nie było stacji, ani żadnej zatoczki, na której można by było się chociaż na chwilę zatrzymać dla rozprostowania kości. Dziwne to, ale prawdziwe. Cóż co kraj to obyczaj.

Moją szczególną uwagę przykuła kultura kierowców i przestrzeganie przez nich przepisów. Szczerze Polarny by chciał, aby tak również było i w Polsce. Irlandzcy kierowcy (i nie tylko, o czym napiszę w kolejnej części sprawozdania z pobytu Polarnego w Irlandii) są bardzo mili. Tutaj każdy każdemu ustępuje miejsca, przepuszcza, w puszcza do włączenia się do ruchu.

Wielu kierowców mimo iż ma pierwszeństwo, gdy widzi, że ktoś ma problem z włączeniem się do ruchu ustępuje chętnie miejsca. Zwalnia nawet do zera z prędkości 100 km na godzinę (w większości miejsc poza miastami właśnie z taką prędkością poruszają się samochody). Sam się o tym kilkakrotnie przekonałem i zacząłem stosować tę metodę w stosunku do innych. Jest to nie tylko miłe, ale znacznie podnosi bezpieczeństwo i kulturę jazdy na często dość wąskich (poza autostradami i głównymi drogami) irlandzkich drogach.

Irlandczycy do bólu przestrzegają oznaczeń na drogach. Jeżeli znak wskazuje, że trzeba jechać z prędkością 50 km/h to nikt nie będzie jechał nawet o kilometr szybciej. Gdy na trasie jest ograniczenie 100, to jeżeli ja będę jechał 97 km/h to nikt mnie nie wyprzedzi, nawet jeżeli za mną jechałoby Porsche bez trudu rozwijające 250 km/h.

W Irlandii nie ma prawie w ogóle czegoś takiego jak wyprzedzanie. Gdy jedzie się z prędkością zbliżoną do dozwolonej, to nawet najlepsze samochody będą jechały grzecznie za np. starym dwudziestoletnim Fordem Oplem Kadetem. Gdy na trasie jest linia ciągła, a z przodu jedzie ciągnik z zawrotną prędkością 20 km/h, to mimo iż druga strona drogi jest wolna nikt tego ciągnika nie wyprzedzi nawet, jeżeli trzeba by było jechać w ten sposób kilka kilometrów.

Oczywiście zawsze zdarzają się wyjątki, ale wierzcie mi lub nie, ja podczas swojego krótkiego pobytu, nigdy nie zostałem wyprzedzony (a trochę po Irlandii jednak pojeździłem), ani też nigdy nie widziałem, aby ktoś wyprzedzał w miejscach niedozwolonych lub też przekraczając dozwoloną prędkość poruszania się na danym odcinku drogi.

Jeżeli chodzi o kulturę jazdy, to trzeba zwrócić uwagę na jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Jak zauważyłem pieszy w Irlandii jest świętością (przynajmniej dla większości i we wszystkich mniejszych miasteczkach). Gdy pieszy zwraca się w kierunku przejścia dla pieszych, każdy kierowca zwalnia, a gdy pieszy stanie przy krawężniku to kierowca zatrzymuje się, bez względu na to czy pieszy akurat ma ochotę przechodzić na drugą stronę czy też nie. To samo robią kierowcy, gdy pieszy wychodzi na ulicę w miejscu nie wyznaczonym do przejścia. Kierowcy widząc pieszego przy krawężniku zatrzymują się nawet kilkanaście metrów wcześniej dając mu w ten sposób do zrozumienia, że może bezpiecznie przejść na drugą stronę.

W Kiltimagh spotkałem się z tym zjawiskiem wielokrotnie i np. przestałem stawać blisko krawężnika, bo gdy stawałem zbyt blisko nie mając zamiaru przejść na drugą stronę, to samochody i tak się zatrzymywały, a zapraszający gest kierowcy upewniał, że mogę bezpiecznie przejść.

Nie wiem czy tak się dzieje w całej Irlandii, czy też tylko w jej północno zachodniej części, ale moje obserwacje wskazują na to, że tak pięknie może być wszędzie. Tylko czemu nie u nas w Polsce?

Inną stroną - negatywną jest jazda bez świateł. Irlandczycy generalnie nie włączają świateł nawet w największy deszcz, a zapalają je dopiero, gdy na dworze robi się zupelnie ciemno. Jest to przejebane, bo parę razy o mało nie otarłem się o inny samochód, który na wąziutkich wiejskich drogach Irlandii nagle wyskakiwał zza wzniesienia w deszczu z prędkością 100 km/h.

Poza tym grzeczność Irlandczyków może być czasami wkurwiająca, bo oni potrafią zrobić korek nawet w miasteczku, które ma tylko jedno skrzyżowanie. W większych miasteczkach korki to rzecz normalna, ale Irlandczycy nigdy się nie spieszą, więc mają czas na stanie w korku.

Na koniec dodam, że Irlandczycy kochają używać klaksony. Trąbią nie tylko, gdy ostrzegają czy mają do kogoś pretensje, ale również na powitanie, gdy proponują ustąpienie miejsca, gdy zapraszają pieszych do przejścia. Osoba nie przyzwyczajona może się w tym nie połapać, gdy na nią się trąbi. Polarny na początku myślał, że trąbią na niego, bo źle jeździ, ale z czasem się okazało, że znajomi Irlandczycy trąbią na Polarnego na powitanie, czasami trąbili by go wpuścić przed siebie, a czasami nawet trąbili pokazując na światła w samochodzie, bo byli zdziwieni, że Polarny jeździ z włączonymi w ciągu dnia.

Jakby nie patrzeć mimo pewnych mankamentów, to w Irlandii na drodze, nawet tej najwęższej jadąc 100 km/h czułem się bezpieczniej niż na autostradzie w Polsce. A chciałbym tak kiedyś móc się poczuć na Polskich drogach.

 

 

 

WNIOSEK: ŻYCIE JEST WYSTARCZAJĄCO DŁUGIE, ABY BYŁO W NIM MIEJSCE NA ŻYCZLIWOŚĆ

poniedziałek, 13 października 2008

Jak już wspomniałem lądowanie w Dublinie przebiegało nadzwyczaj spokojnie. Trafiliśmy na wspaniałą słoneczną pogodę, która przeczyła wszelkim plotkom, jakoby w Irlandii przez 11 miesięcy padało, a później było już tylko lato i lato. Polarnego widocznie zaskoczyło lato … w październiku. W samochodzie można było jechać w krótkim rękawku, a co niektórzy Irlandczycy chodzili nawet w sandałach z gołymi nogami, że o Irlandkach w letnich klapakach nie wspomnę.

Z samolotu byliśmy zaganiani do wyjścia jak owieczki. Nie wiem czy to zwyczaj irlandzki czy też tak się dzieje na innych lotniskach? Gdy Polarny został zagoniony do odpowiedniego boxu rozpoczęła się wyprawa po lotnisku. Szliśmy i szliśmy i końca nie było widać. Zastosowaliśmy metodę owiec i szliśmy za tłumem, który miał nas doprowadzić do wyjścia. Gdyby nie ten tłum to tak naprawdę człowiek mógłby pójść gdziekolwiek i niewiadomo po ilu dniach dotarłby do wyjścia. Ta wędrówka przypominała nieco marsz szczurów po labiryncie. Te z przodu znające już trasę zasuwały z olbrzymią prędkością skręcając w odpowiednie uliczki, te Polarne szły niepewnie za nimi rozglądając się nieufnie i czytając wszystkie napotkane napisy, aby się upewnić, czy aby nie idziemy do deratyzacji. Lotnisko sprawia wrażenie olbrzymiego labiryntu, a do wyjścia na zewnątrz szliśmy dobre 15 minut, nie licząc czasu oczekiwania na bagaże.

Idąc korytarzami podziwiałem „linoleum”, które srebrzyło się świetnie wtopionymi kawałkami jakiejś srebrnej substancji. Miało się wrażenie odbijania świateł stroboskopu. Szkoda tylko, że ta posadzka była taka brudna.

KIBEL TOALETA UBIKACJA
Podczas tej wędrówki Polarny stwierdził, że Irlandczycy raczej nie przywiązują wielkiej wagi do czystości i porządku. Upewnił się, gdy czekając na bagaż odwiedził męską toaletę. Tłum rzucił się do taśmy bagażowej jak w amoku, a że Polarny tłum lubi oglądać z odpowiedniej odległości i ma czas, to uznał za stosowne zaspokoić bardziej przyziemne potrzeby, niż przepychanie się za swoim bagażem.

Męska toaleta to obraz nędzy i rozpaczy. Gdy byłem ostatnio w Warszawie to toalety na Dworcu Centralnym były czystsze. Od samych drzwi walnął mnie w twarz odór rozkładającej się uryny i amoniaku. Trudno było oddychać. Świadczyło to o tym, że podróżni nie koniecznie spuszczają wodę, a personel sprzątający nie koniecznie zagląda do tego zapomnianego i zaszczanego miejsca.

Dlaczego nie jest spuszczona woda okazało się w momencie, kiedy sam chciałem ją spuścić. Po prostu urządzonka do spuszczania wody w większości kabin po prostu nie działały.

W pierwszej kabinie zastałem na podłodze rozdeptane kanapki, rozgniecione pomarańcze i banana. W drugiej leżało ze trzydzieści metrów rozwiniętego i zmoczonego papieru toaletowego, w trzeciej na desce do siadania był postawiony klocek. Do dalszych nie zaglądałem, aby nie puścić pawia. Ten obraz mi wystarczył. Zastana „czystość” świadczy o kulturze pasażerów, ale również o kulturze irlandzkiej, w której widać takie miejsce jak kibel nie jest pępkiem świata. Zresztą korytarze lotniska również nim nie są, tak jak nie jest parking na którym walają się kilogramy papierów i petów, a także nie są nim irlandzkie ulice. Ogólne wrażenie, że Irlandia to brudny kraj. Zresztą w dalszej podróży okazało się, że toalety w ogóle są piętą achillesową Irlandii, ale o tym i o brudzie w następnych odcinkach.

 

WNIOSEK: CZYSTOŚĆ U NIEKTÓRYCH JEST CNOTĄ, ALE U WIELU NIEOMAL WYSTĘPKIEM. (Nietzsche)

niedziela, 12 października 2008

Polarny wrócił z Irlandii. Dużo ciekawych wrażeń i obserwacji. Wszystko zanotowane w głowie lub notatkach. Zgodnie z obietnicą dziś zaczynam cykl „felietonów – reportaży”(?) pod tytułem Irlandia Dźwiedzim Okiem.

Alex dzięki za gospodarowanie tą internetową dziurą. Pozdrowienia dla odwiedzających od Dźwiedzia Polarnego z Polskiej ziemi. Polarny go home.

 

 

Latanie nie jest takie straszne, jakby się mogło na pierwszy rzut dźwiedziego oka wydawać. No, ale zacznijmy od początku. Gdyby ktokolwiek chciał lecieć z laptopem w podręcznym bagażu informuję, że najlepiej położyć go na wierzchu, ponieważ każdy, ale to każdy laptop jest sprawdzany, a niektóre nawet włączane - chociaż na parę chwil.

Polarny był głupi, bo obłożył sobie laptopka miękkimi ciuszkami, zawinął w ręcznik i ułożył go prawie na dnie torby (co by się nie uszkodził). Wyciągnięcie go w czasie odprawy wiązało się z tym, że Polarny musiał podzielić się z kontrolującymi oraz widownią przy bramkach, widokiem swoich gaci, skarpetek, polarów i dresów KM-ki, a także ręcznika, żółtego sera w ilości hurtowej i innych elementów sklepu spożywczego „from Poland”.

Co niektórzy mieli dziwny wyraz pyska, ale Polarny z powagą godną królów Lechistanu wyciągał wszystko kończąc na samotnym na dnie torby laptopie. Wcześniej przeparadował w skarpetkach po dywaniku, bo buty mu świszczały, jakby w obcasach schował otrzymanego w prezencie od James’a B. browninga, co w sumie było z pewnością niezłym prologiem do dalszego spektaklu.

Z bagażem podręcznym wiąże się jeszcze inna sprawa. Teoretycznie bagaż podręczny  powinien ważyć 10 kg. Teoretycznie, bo w praktyce tyle ważył u większości w momencie odprawy bagażowej. Generalnie przewoźnikowi Ryanair nie chciało się ważyć bagażu podręcznego, co skwapliwie wykorzystali, co bardzie przedsiębiorczy Polacy. Podchodzili do wagi z torbą 10 kg, a dalej przed wejściem na salę odpraw czekały reklamówki ważące następne 10 kg. Przed odprawą paszportową reklamówki były pakowane do podręcznego i w efekcie końcowym bagaż podręczny zabierany na pokład ważył więcej niż ten, co pojechał sobie na taśmie do luku bagażowego. Polak potrafi.

Po odprawie paszportowej Polarny udał się do strefy wolnocłowej. Gdzie ruszyła większość pasażerów? Ruszyła do sklepu wolnocłowego. Polacy (i nie tylko) zamieniali się w mini hurtownie alkoholowo – tytoniową. Większość kupowała po kilka wagonów fajek i po kilka litrów wódy. Jak zauważyłem rekordzista kupił 10 wagonów LM-ów i skrzętnie zapakował je do … bagażu podręcznego w którym o dziwo znalazło się miejsce dla tych 10 kartonów fajek.

Polarny nie był hurtownikiem, ale i tak udało mu się wcisnąć trzy sztangi do podręcznego i litr Smirnoffa. W efekcie pt. „Polak potrafi” Polarnemu zwrócił się bilet do Irlandii i z powrotem. Jak to możliwe? Rachunek jest prosty. Litr Smirnoffa na wolnocłówce kosztuje 45 zł w Irlandii 30 E, można go sprzedać za 23 E, zysk jakieś 30 zł. Sztanga LM-ów na lotnisku kosztuje 78 zł, a można dostać za nią 55E. Zysk na 3 sztangach ok. 300 zł. Bilet w tą  i nazad w Ryanie 375 zł. Bilans końcowy – bilet do Irlandii i z powrotem z wszelkimi opłatami wyniósł Polarnego 45 zł czyli taniej niż bilet PKP II kl. pośpiesznego z domu Polarnego do Warszawy. Polak potrafi.

Biorąc pod uwagę taki układ ekonomiczny, to w przypadku 10 kartonów opłaca się latać do Irlandii na zasadzie niegdysiejszej przygranicznej mrówki. Jednego dnia polecieć zawieźć fajki odbiorcy, wrócić, i zysk na czysto dziennie to około siedem stów. Z tego co zdążyłem się zorientować ten proceder już kwitnie. Polak potrafi.

W skali miesiąca można w ten sposób spokojnie zarobić kilka ładnych tysięcy. Z tego co się zorientowałem, kwit ze sklepu wolnocłowego wystarczy, jako dowód legalnego wwozu większej ilości fajek do Irlandii. Poza tym po wylądowaniu w Dublinie kompletnie nikt się nie interesuje, co kto ma w podręcznym bagażu. Na dobrą sprawę można by było wwieźć nawet Ben Ladena lub tonę haszu. Osobiście miałem z pół kilo suszonych liści selera w głównym bagażu, ale jakoś nikt ich nie wziął go za prasowaną marychę.

Co do samego lotu to sraczka Polarnego była niczym nie uzasadniona. Chociaż biorąc pod uwagę start i lądowanie to zdecydowanie wolę lądowanie zakończone odegraniem sygnału kawalerii irlandzkiej, które wywołało rzęsiste brawa (rzekomo będące standardem zakończenia każdego lotu).

Sam lot był wyjątkowo spokojny. Przez kawałek drogi miałem wrażenie, że jadę pociągiem, a później miałem wrażenie, że … w ogóle nie jadę. Brak jakichkolwiek drgań i prawie nie przesuwające się chmury uśpiło wielu pasażerów.

Jednak nie mogło być zbyt różowo, bo tym samolotem podróżował Biały Dźwiedź Polarny, a nie stado różowych świnek. Polarny miał pecha i o jeden rząd wcześniej podróżowała urocza mamusia z jeszcze bardziej uroczym dwulatkiem. „Urwis”, albo „Brzdąc w opałach” to nudne komedie przy tym, co serwował ów dwulatek. Na samy początku wylał na siebie sok. Później wysmarował siebie i siedzenie kefirem, albo innym jogurtem, a później całą drogę darł ryja. Gdyby darł uroczą buźkę, to może Polarny nie zwróciłby na niego większej uwagi, ale ten gnój po prostu darł ryja, jakby go żywcem opiekali na rożnie. Gdyby tak podniósł głos o parę tonów wyżej to obawiam się, że szyby w naszych lufcikach popękałyby, a samolot na pewno przeszedłby dekompresję. Na szczęście obyło się bez tak ekstremalnych przygód, a jedynym efektem był mój ból uszu i miny pasażerów, które wyrażały chęć wyprucia flaków matce nie potrafiącej odpowiednio zaopiekować się dzieckiem, a maleństwu jedynie obcięcia języczka, przecięcia strun głosowych i wyrwania serduszka.

I nie prawdą jest, że na lotnisku i w samolocie najgłośniej i najgorzej zachowują się pijani Polacy. Gorzej od nich zachowują się pijani Irlandczycy i ... małe dzieci.

Na dziś tyle. Jutro wrażenia z lotniska w Dublinie i pierwsze wrażenia z podróży po Irlandii.

 

WNIOSEK: TYLKO GŁUPIEC SIĘ NIE BOI A GŁUPI TCHÓRZ TEGO STRACHU NIE OKAZUJE

Zakładki:
THE BEST OF HUMOR
THE BEST OF SERIOUS
PIERWSI ... bo tak
RÓŻNY BLOGOWY ŚWIAT
NOWO I STARO ODKRYCI
BLOG ROKU 2007
BLOG ROKU 2008
MÓJ FOTOBLOG
SKARGI I WNIOSKI DO
DODATKI


ZAPRASZAM