POLARNE RECENZJE

środa, 19 października 2011

Porażka!!


Od tego wyrazu zaczynam recenzję mocno rozreklamowanego filmu Koterskiego "Baby są jakieś inne". Dlaczego porażka? Dlatego, że ten film mnie po prostu zmęczył.


Po haśle "Seksmisja XXI wieku" spodziewałem się naprawdę dobrej komedii z kultowymi tekstami, które na długo wbiją się w moją pamięć. Kilka tekstów po wyjściu z kina zapamiętałem, ale już po kilku dniach od obejrzenia w głowie "ciemność widzę, ciemność".


Ten film ma tyle wspólnego z seksmisją, co świński ogon z korkociągiem, czyli oprócz tego, że jest zakręcony to nic poza tym. Sam film daje się OGLĄDAĆ przez jakieś 20 minut, później jeżeli chodzi o słowo FILM, jest to totalna porażka. Nie wiem jak inni, ale ja nie jestem przyzwyczajony do filmu w którym KOMPLETNIE NIC SIĘ NIE DZIEJE, a jedyną atrakcją jest dialog i to miejscami nie dość, że nie śmieszny to jeszcze głupi i sztuczny.


Przez cały film obserwujemy jak dwóch gości jedzie samochodem i rozmawia. To ma być film? Gdyby to była sztuka teatralna i to wystawiona jako monodram z wewnętrznym dialogiem bohatera, byłoby to strawne i do przyjęcia. Oczywiście nie w wymiarze prawie dwóch godzin, ale w wymiarze sztuki. Po mniej więcej 40 minutach zamknąłem oczy i zacząłem po prostu słuchać, bo tego filmu nie da się oglądać. Jazda w nocy samochodem męczy wzrok i właśnie tak się czułem - zmęczony. Ci, którzy wybierają się na dłuższe nocne eskapady  samochodem wiedzą o czym mówię. Po 40 minutach jazdy z bohaterami filmu czułem się zmęczony i miałem ochotę wysiąść. I co niektórzy wysiedli. Kilka osób opuściło seans przed jego końcem i myślę, że nie byli to Ci, którym chciało się siku, lub dostali pilną wiadomość. Po prostu - film był zatrważająco nudny, jeżeli chodzi o sferę wizualną. Jeżeli do tego nie rozumiało się jeszcze dowcipu, jaki serwował reżyser, to porażka murowana.


Ten film, gdyby stał się audycją radiową, lub też niezbyt długim skeczem kabaretowym byłby świeży, dobry, odpowiednio skupiałby uwagę widza, a tych, którzy lubią dowcip w stylu Koterskiego pewnie by zadowolił. Niestety, mimo, że się uśmiałem kilka razy z odgrzanych dowcipów i powiedzeń, to jednak uważam swój czas spędzony na "Babach" za czas stracony, a na pewno za czas, który przyprawił mój wzrok o "mdłości".


Jeżeli wybieracie się na przereklamowaną produkcję "Baby są jakieś inne" to serdecznie odradzam. Proponuję poczekać, aż się ukaże DVD i wrzucić je do odtwarzacza, puścić głośno i pójść do kuchni myć naczynia, sprzątać toaletę, robić pranie czy prasowanie, powycierać kurze lub … kogutowi, czyli zająć się czymś pożytecznym, bo i tak jedyne, co w tym filmie warte jest obejrzenia jest to, co się … słyszy, a i to w dość, niestety, miernym wydaniu.


Gra aktorska słabiutka i naciągana, momentami nudna i kompletnie nie śmieszna. Pastisz rzeczywistości pomacany po wierzchu, zaakcentowany, ale rozmyty i niedosłodzony, przypomina bardziej brudną bryję niż kompot w którym można byłoby wyłowić jakieś śliweczki.



To moje zdanie, ale przecież BABY SĄ JAKIEŚ INNE, więc może ktoś już obejrzał to arcydzieło i ma zupełnie inne zdanie niż ja? W końcu do kina na tę kiczowatą szmirę walą ludzie drzwiami i oknami, a najgłośniej i najczęściej w kinie śmiały się BABY, pewnie dlatego, że są jakieś inne i pewnie dlatego, że film to satyra właśnie na facetów. Potrafię śmiać się z siebie, ale to co widziałem było nie śmieszne, a żałosne. Ale, cóż, znowu widać jak wiele może zdziałać dobra reklama, podparta paroma chwytliwymi populistycznymi hasłami. Osobiście na miejscu Machulskiego pozwałbym do sądu producentów filmu, za porównywanie "Bab" do "Seksmisji",  bo to już nawet nie jest niesmaczne, to już jest po prostu ubliżanie.


I jeszcze jedno, może mi ktoś powie dlaczego Koterski do wszystkich swoich filmów wpycha swego lekkoniepełnosprytnego synka? Tego też jakoś nie kumam.


Kum. Kum.

 


WNIOSEK: BABY SĄ JAKIEŚ INNE, A FACECI … TACY SAMI.



piątek, 13 maja 2011

Polarny był wczoraj w kinie na „Kodzie Nieśmiertelności”.


Jeżeli ktoś z Was lubi „Dzień Świstaka” lub też „Deja vu” z Denzelem Washingtonem, to film na pewno przypadnie mu do gustu. Schemat zaczerpnięty z Dnia Świstaka, czyli powtarzającej się sekwencji tego samego dnia (zdarzenia), mimo, iż oklepany nie jest tu nudny. Fabuła tematycznie zbliżona do tej z „Deja vu”, czyli poszukiwania „terrorysty” w przeszłości, ma swoją ciekawą oprawę ideologiczną.


Fabuła SF dobrze pomyślana i ciekawie zrealizowana. Film nie goni, jak w filmach akcji, chociaż czas jest w nim myślą przewodnią i goni zarówno głównego bohatera, jak i jego „pracodawców”. Osiem minut na znalezienie terrorysty to bardzo mało czasu. Jak dokonać tej zdawałoby się niemożliwej sztuki? To właśnie jest tematem filmu. Powrót do przeszłości, światy równoległe, możliwości ludzkiego mózgu, wyobraźnia, patriotyzm, ludzkie uczucia, tęsknota, miłość, konflikty ojciec – syn, wybaczenie, chaos, to wątki, które dosmaczają całą potrawę pt. „Kod Nieśmiertelności”.


Polar na filmie nie nudził się ani chwili. Każdy powrót do przeszłości był inny i interesujący, a człowiek, gdy fabuła zaczynała odbiegać od schematu zaczynał czuć niedosyt tego, że chciałby wrócić kolejny raz, sprawdzić kolejną osobę i pociągnąć ten wątek jeszcze dalej i jeszcze raz. Po raz pierwszy czułem, że nie oczekuję końca filmu, a bawi mnie powtarzający się schemat w różnych wariantach. O ile w Dniu Świstaka człowiek miał już ochotę na koniec, a schematyczność zaczynała przynudzać, o tyle w „Kodzie Nieśmiertelności” to właśnie ten schemat jest smakiem tego filmu. Jeżeli dołożymy do tego całkiem niezłą grę aktorską Jake’a Gyllenhaal’a, to otrzymujemy bardzo zgrabną i miłą opowieść SF z wątkiem sensacyjnym.


Gorąco polecam ten film. Myślę, że na pewno nie będziecie się na nim nudzić. Jednak czy warto wydać kasę na kino? Nie koniecznie. Ten film spokojnie można obejrzeć na DVD.

 

 

 

WNIOSEK: WAŻNE JEST BY WIERZYĆ, ŻE WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE.



środa, 02 lutego 2011

Od czego by tu zacząć? Może tym razem od końca? Polecam ten film. Och Karolo 2 to jedna z nielicznych „współczesnych” komedii kina polskiego, na której rzeczywiście się śmiałem, a czasu w kinie nie uważam za zmarnowany.


Skoro zacząłem od końca to teraz mogymy od początku. Komedia Piotra Wereśniaka jest prosta jak budowa dzidy, i nie zmienia tego fakt, że niektórzy twierdzą, że dzida składa się z dzidzia, przeddzidzia, śróddzidzia i zadzidzia, które następnie składają się ze  śróddzidziadzidzia … itd., itp., bo nie to jest dzisiejszym tematem z czego składa się dzida. Ważne jest to, że film nie każe myśleć i analizować, a jedynie śmiać się, reagując w ten sposób na bodźce płynące z ekranu. Lekkostrawna, prosta i śmieszna, jak przystało na komedię … komedia. Co prawda Polar ma spaczone poczucie humoru, więc … nie koniecznie na nim bym polegał.


Och Karol 2 to przerysowana satyra na współczesnych yuppie (i nie tylko), a także na seksualne marzenia mężczyzn. Przerysowana w każdym calu. Przerysowane są postacie, dialogi i gra aktorska, której jakby podkreśleniem jest pytanie zadane Adamczykowi w samolocie: - Czy jest jeszcze jakiś Karol, którego Pan nie grał?


Jednak Wereśniak śmieje się nie tylko z yuppie i męskich marzeń, ale również przepięknie karykaturalnie maluje postacie wielkomiejskich kobiet, które są nie mniej śmieszne niż główny bohater zrozpaczony tym, że nie może się mu oprzeć żadna kobieta, chyba, że o ścianę, a sam przy okazji cierpi na permanentny brak asertywności… ale tylko w stosunku do kobiet. Mamy tu więc śliczną tipsiarę Paulinkę (Żmuda – Trzebiatowska) - dziewczę puste jak murzyński tam-tam, mamy naiwną Irenkę (Zielińska) budującą sobie w głowie ideały życia damsko - męskiego, mamy seksualnie wyzwoloną maniaczkę w postaci bizneswoman Wandy (Foremniak), oraz sierotkę Marysię, która momentami wydaje się być głupsza niż ustawa antyalkoholowa, a na pewno jest ślepa jak kret. Całość to przewyborna mieszanka ludzkich charakterów okraszona szefem, który wszystko wybacza w imię zysku i lesbijką Mirą (Mucha), która poluje na swoją drugą połówkę.


Gra aktorów jest równie prosta, jak fabuła, i czytelna, jak każdy epizod w filmie. Całość ogląda się jednak z dużą przyjemnością, kiwając przy tym z politowaniem głową nad każdym z bohaterów. Film obnaża zarówno męskie spojrzenie na kobietę jako przedmiot, a nie podmiot pożądania, jak i naiwność kobiet, które w imię słowa „miłość” są w stanie wybaczyć wszystko i we wszystko uwierzyć.


Oglądając tę komedię zastanawiałem się, co bardziej jest tu ośmieszane, męski szowinizm i myślenie główką zamiast głową czy łatwowierność kobiet oraz ich gonitwa za „prawdziwą miłością”? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi w kontekście zakończenia filmu. W rzeczywistości niewielu jest Karolów, tak jak i niewiele jest wyzwolonych kobiet, które w imię omylnie pojętej miłości potrafią poświęcić dla niej nie tylko swoje ciało, ale również swoją godność i … rozum. Przesłanie, że seks rządzi światem jest równie stare, jak to, że niektórzy właśnie seks najczęściej mylą z miłością, bo chyba również i o to chodziło autorom komedii.


Gratką w filmie jest sesja terapeutyczna Karola, w której psychiatra sam wyglądający na potrzebującego pomocy próbuje dociec czemu bohater zachowuje się tak jak się zachowuje, a także pogląd  na to czym jest monogamia.  Wnioski są interesujące.


 

 

No to sobie Polar popitolił i napisał, krótką recenzję, sam wyciągając jeden wniosek związany z pytaniem:  Jak wielu mężczyzn chciałoby znaleźć się na miejscu Karola? Chyba niewielu, bo jednak seks w dużej dawce wykańcza… nawet seksoholików.

 


WNIOSEK: NA MARZENIA TRZEBA UWAŻAĆ, BO MOGĄ SIĘ SPEŁNIĆ

czwartek, 30 września 2010

Uwaga, będzie nudno.


Spora liczba ludziów, Polar nie napisze, że wielu, czy też większość, bo co niektórzy mogliby Polara zakrakać, marzy o idealnym kochanku, tudzież kochance. Ideały są różne, każdy ma coś, co go kręci. Polar nigdy nie myślał, że oficjalnie napisze, że ma … kochanka. Idealny kochanek, wcale nie musi być taki idealny, bo ideał jako taki, każdy inteligentny ludź o tym wie, nie istnieje. Ideał kochanka to kompromis, połączenie plusów i minusów, czyli wad i zalet, w jedną odpowiadającą nam całość. Często zalety przyćmiewają wady, a wady są na tyle nieinwazyjne, że zauważa się je z rzadka, albo wcale.


Polarny znalazł kochanka idealnego. Dobrze zbudowany, ale nienapakowany. Przystojny, ale nie metroseksualny, jednocześnie na tyle brzydki, aby nie podobać się wszystkim i na tyle ładny, aby znawcy(-czynie) się na nim poznały. Dobrze wyposażony przez naturę – nie za dużo i nie za mało, a w sam raz, zaśpiewaj Qahqaiku jeszcze raz. Poza tym ma jedną cechę, której brakuje wielu kochankom rodzaju żeńskiego i męskiego, można z nim pogadać.


Gadacie ze swoim autkiem? Polar gada. Ostatnio tak się z nim zagadał, że przegapił zielone i wku..wił o siódmej rano jadących do pracy. Ile różnych różowych na Polarze powieszono to pewnie nikt nie zliczy. No, ale wróćmy do kochanka idealnego.


Polar przed zakupem swego QQsia przewertował setki artykułów i forów zanim podjął decyzję. I wiecie co jest najgorsze? Najgorsze było to, że nigdzie nie otrzymał obiektywnych opinii. Zwolennicy Qashqaia wychwalali go pod niebo, a przeciwnicy jeździli po nim jak po burej suce. Zero obiektywizmu użytkowników. Polar musiał więc długo przeliczać za i przeciw i zastanawiać się co jest prawdą, a co jest kłamstwem lub efektownym chwytem marketingowym. Ot takie poznawanie kochanka z opinii innych zadowolonych lub nie zadowolonych z jego „usług”, bo z użytkownikami to jest jak z byłymi, jedni chwalą inni wskazują tylko najgorsze cechy.


Dziś Polar ma własne wyrobione zdanie i jako, że ten blog jest kompletnie o wszystkim postanowił wystawić rzetelną opinię użytkownika, niestety zadowolonego, jak na razie użytkownika. Aby było uczciwie, a przy okazji przydało się zainteresowanym czytelnikom, Polar powie o zaletach (subiektywnie) i o wadach (obiektywnie).

QASHQAI 1,5 dCi BLACK ACCENTA

Polarny miał możliwość jeżdżenia całą gamą Qashqai. Wybór padł na diesla 1,5 dCi ponieważ silnik 1,6 benzyna był zbyt mulisty i za słaby na dość ciężkiego (prawie 1500 kg) QQsia. Dwulitrowy diesel to rakieta!! Za mocna i za szybka dla zwariowanego Polara, poza tym niesprawdzony do końca filtr DPF (filtr cząstek stałych) potrafi się zapchać, gdy jeździ się po mieście i może sprawić wiele kłopotów. Spalanie w dwulitrówce też jest spore. Dwulitrowy  benzyniak to ekonomiczna porażka. Mocny, ale nie za mocny, mało zrywny, i z wirem w baku. Prawie 110 konny silnik  common rail 1,5 dCi z turbo jest najlepszym kompromisem łączącym w sobie moc, dynamikę i oszczędność jazdy. Nie wierzcie katalogom co do spalania. Diesel QQ 1,5 dCi spalał przy ekonomicznej jeździe w trasie minimum 5,2l (wskazanie komputera 4,8l), maximum przy zrywce - 6,2 litra (komputer 5,8l). W mieście minimalne spalanie to 5,6l (komputer 5,2l) i maksymalne latem 6 litrów i zimą 8. Cykl mieszany między 5,5 – 6l. Dane podane są dla samochodu z napędem na przednią oś. Polarny ze względów ekonomicznych i ze względu na to, że QQ jest jedynie crossverem, a nie terenówką, wybrał napęd na przednią oś. Napęd na cztery kółka to raczej gadżet rzadko wykorzystywany w mieście, a jednak dość paliwożerny.


Wyposażenie w wersji standardowej było do tej pory porażką, dlatego warto sobie zafundować wersję wyższą. Zalety Accenta, bo taką wersję Polar proponuje to: dwustrefowa klimatyzacja, alufelgi 17”, skórzana kierownica i gałka biegów, reflektory przeciwmgielne, elektrycznie podgrzewane i składane lusterka, tempomat, fotel kierowcy regulowany w części lędźwiowej, podłokietnik w tylnej kanapie i parę innych gadżetów. Wyższych wersji Polarny nie poleca, bo to zbędne wydawanie kasy na mało przydatne wodotryski. W standardzie jest ABS, ABD, ESP, poduszki przednie i boczne, oraz kurtyny powietrzne.


Zaletą są doskonała skrzynia biegów, duża elastyczność i dynamika silnika, wyjątkowo wygodne przednie siedzenia kubełkowe, doskonała widoczność do przodu, olbrzymie lusterka, wydajna klimatyzacja, bardzo duży bagażnik, sterowanie w kierownicy radiem, tempomatem i komputerem pokładowym. Tyle o zaletach, na jakieś pytania Polar może odpowiedzieć w komentarzach.


Aby, jednak być uczciwym, trzeba powiedzieć również o wadach polarowego Qashqaia, a jest ich trochę. Od czego by tu zacząć? Może na początek od wygody? Tylne siedzenia są zdecydowanie mało wygodne i dość twarde, ale można się do tego szybko przyzwyczaić. Dużo miejsca na nogi, trochę mało nad głową.  Jazda w 5 osób na dłuższą metę nie jest dobrym pomysłem. Wadą na pewno jest wysokość otwierania klapy bagażnika. Polarny przy swoich 178 cm, wali notorycznie głową o rant klapy. Wadą, ale i zaletą jest dość twarde zawieszenie, wadą, gdy jedzie się w długą trasę, bo za głośne, zaletą, gdy sunie się po mieście po dziurach i krawężnikach. Polarny słyszał, że zawieszenie QQ ma problemy, ale przy prawie 20 tys. w pół roku Polar tego nie zauważył, chociaż tylne słychać za bardzo, ze względu na słabe wygłuszenie bagażnika.


Niewątpliwą wadą, której Nissan za bardzo nie chce usunąć, bo nie wie jak i zwala to na jakość żarówek, jest dość częste się ich przepalanie. Polar wymieniał żarówki dwukrotnie, jak na nowy samochód i pół roku to zdecydowanie za dużo.


Słaba jest widoczność przez tylną szybę, „wsteczne” lusterko,  oraz przez tylne boczne szybki, na szczęście QQ nadrabia to naprawdę dużymi lusterkami bocznymi.


Inną dość istotną wadą jest „myszkowanie” samochodu na wybojach. Trzeba się do tego przyzwyczaić, bo nieprzyzwyczajonemu kierowcy wydaje się, że samochód zaraz ucieknie z drogi. Prawdopodobnie jest to wina systemu ESP (kontrola trakcji), bo po jego wyłączeniu samochód zachowuje się dużo lepiej.


To chyba wszystkie wady polarowego kochanka. Jak widać kochanek idealny nie istnieje. To jedynie pewne cechy, które nam są potrzebne wyróżniają go w tłumie przeciętnych. Ocenianie więc tej idealności może odbywać się tylko i wyłącznie na podstawie bilansu zalet i wad. Z czasem wady mogą okazać się na tyle istotne lub ich przybywać, że idealny kochanek przestaje być idealny, a z czasem przestaje być kochankiem. Jednak poprzedni kochanek spełniał wymagania Polara przez 10 lat, więc i dla tego przyszłość widzi świetlaną. Byłego kochanka Polara używa obecnie CD, może i jej posłuży tak samo dobrze?


Notka na zamówienie paru osób, które wypytują o QQsia. I od razu Polar zaznacza, że Nissan nie zapłacił Polarowi za ten artykuł, a Polar nie miałby nic przeciwko temu.

 


WNIOSEK: IDEAŁ ISTNIEJE TYLKO W NASZEJ WYOBRAŹNI, WIĘC NIE WARTO Z NIĄ PRZESADZAĆ.

środa, 08 września 2010

W dniu wczorajszym na VII Europejskim Festiwalu Filmowym „INTEGRACJA TY I JA” w Koszalinie miało miejsce wydarzenie można by rzecz, precedensowe, ponieważ w tym dniu ze swoim recitalem po czteroletniej przerwie wystąpiła była liderka zespołu Varius Manx – Monika Kuszyńska.


Z pewnością nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przerwę w karierze wokalistki spowodował tragiczny w skutkach wypadek samochodowy, a także to, że piosenkarka wystąpiła … na wózku inwalidzkim. Jej zapowiadany przed wakacjami come back nastąpił!!


Monika dojrzała do tego, aby w końcu uznać swoją inność i powrócić z pełną energią do normalnego życia, a także życia scenicznego, które jednak z powodu paraliżu od pasa w dół normalne jednak nie będzie. Wokalistka wystąpiła z godzinnym koncertem w której przypomniała widzom i słuchaczom kawałki z repertuaru Varius Manx, utwory solowe, a także najnowszą produkcję stworzoną w team z Beatą Bednarz, która jak to powiedziała wokalistka była jej aniołem, który pomógł jej uwierzyć w siebie i powrócić na scenę.


Monika Kuszyńska we wcześniejszych wywiadach wypowiadała się, że wypadek i to co się stało pozwoliło jej spojrzeć zupełnie inaczej na życie, na jego sens. Kiedyś zajmowała się błahostkami, skupiając się na własnej urodzie, "kulcie ciała" i doprowadzania do perfekcji swego głosu. Jak powiedziała na koncercie wypadek zmienił jej podejścia do życia i kwestii życiowych priorytetów.


Na początku koncertu Monika była bardzo spięta, z trudem wydobywała głos i widać było, że trema stopuje jej głos i przymyka usta. Na wstępie zaznaczyła, że się bardzo boi, ponieważ po raz pierwszy będzie publicznie śpiewać na wózku. Koncert Moniki był gestem z jej strony w kierunku integracji świata ludzi sprawnych ze światem ludzi niepełnosprawnych. W ten sposób chciała zamanifestować nie tylko swoją dojrzałość życiową, ale również fakt, że niepełnosprawni to nie inna kategoria ludzi, że niepełnosprawność nie odbiera chęci do życia, talentu, a przede wszystkim … miłości. Tak, tak… to nie pomyłka, Polar napisał miłości, bo tak naprawdę na nogi nie postawiła Moniki (według Polarnego) ani rehabilitacja, ani psychiatrzy, ani też Beata Bednarz, ale właśnie miłość. Miłość w innym wymiarze, przemyślana dojrzała, która nie narodziła się w mgnieniu oka – od pierwszego wyjrzenia, ale rosła i dojrzewała wraz z upływającym w inwalidztwie czasem. Tą miłością, jak mniema Polarny obdarował Monikę Kuba Raczyński, były saksofonista Varius Manx dla którego Monika była aniołem i natchnieniem. To dzięki tej nienachalnej miłości, wytrwałości i ciepłu Kuba stał się dla Moniki kimś bardzo ważnym i jak wydaje się Polarowi chyba najważniejszym w jej życiu. Dzięki temu Monika uwierzyła w siebie, w to, że jest kobietą, atrakcyjną kobietą, ma talent i jest jeszcze sens robić w życiu coś więcej niż siedzieć na wózku.


Koncert otworzyła "Słabość jest siłą", jednak najważniejszym  z utworów nagranym ostatnio przez Monikę jest „Nowa rodzę się” stworzony przy udziale Beaty Bednarz i jej dedykowany. Myślę, że piosenka w swej treści była również dedykowana Kubie, który "wprowadził" Monikę z wózkiem na scenę, a także, który jej akompaniował na instrumentach dętych w czasie koncertu.


 

Fotorelacja z koncertu Moniki Kuszyńskiej - Koszalin 2010



Monika zaśpiewała również po raz pierwszy publicznie utwór przygotowany niegdyś z Varius Manx na konkursowy występ w Sopocie, na który niestety nie dojechała. Nigdy nie odważyła się zaśpiewać tej piosenki, której słowa mając zupełnie inny wydźwięk przed wypadkiem, po nim nabrały zupełnie innego metaforycznego znaczenia. Wczoraj ten utwór został zaśpiewany, chyba jako podsumowanie i rozliczenie z przeszłością.


Monika z minuty na minutę się rozkręcała. Trema puszczała, a jej miejsce zaczynała pomału wślizgiwać się radość. Co raz częściej na ustach piosenkarki gościł uśmiech i coraz częściej mówiła w przerwach między utworami do publiczności, aby na sam koniec zacząć prawie tańczyć w swoim wózku, zachęcając widownię do wspólnej zabawy przy utworze Stanisława Sojki „Tolerancja”.


 


Come Back Moniki Kuszyńskiej wypadł znakomicie, mimo iż czuć było jeszcze momentami słabość jej głosu i strach przed publicznością. Klimatyczne utwory, niezwykła w swym składzie publiczność nadawały temu wydarzeniu niespotykanego smaku. Jednak najważniejsze to przełamanie się Moniki, które pokazywało, jak naprawdę silny potrafi być człowiek dzięki przyjaciołom, miłości i pasji. Monika swym koncertem udowodniła nie tylko sobie, że jest silna, ma charakter, a świat nie kończy się wraz z utratą władzy w nogach, ale także ludziom zdrowym, że niepełnosprawni są takimi samymi ludźmi jak Ci sprawni i tak samo zasługują na miłość, szacunek i przyjaciół.


Polar w czasie koncertu mając uprawnienia fotoreportera nie tylko focił Monikę, ale także słuchając zastanawiał się (nie po raz pierwszy w swym życiu) jak kruche jest zdrowie, i jak ważna jest w życiu miłość i przyjaźń, które pozwalając przezwyciężyć najcięższe chwile, powodują, że nadal chce się tak bardzo żyć.

 

 


WNIOSEK: MIŁOŚĆ TO PANACEUM NA WIELE DOLEGLIWOŚCI DUSZY, ALE TEŻ I CIAŁA. DZIĘKI NIEJ LUDZIE POTRAFIĄ PODNIEŚĆ SIĘ Z KOLAN I PRZYWRÓCIĆ NADZIEJĘ NA LEPSZE JUTRO.


UPDATE DO NOTKI (10.09.2010)

Jak się okazuje Koncert w Koszalinie nie był pierwszym koncertem Pani Moniki Kuszyńskiej, ponieważ 9 lipca 2010 roku dała wspólny koncert z Beatą Bednarz w Dzięgielowie. Za wprowadzenie w błąd czytelników przepraszam. Mniemam jednak, że jest to pierwszy INDYWIDUALNY koncert wokalistki.

sobota, 26 grudnia 2009

AVATAR PLAKAT POSTERWiększość dogorywa w domowych pieleszach po napadzie na świąteczne stoły, a Polarny wybrał się ze swoim dźwiedzim potomstwem na premierowy pokaz AVATARA. Jak świętować to na całego. A co!!! Zacznę od końca czyli od tego, że po raz pierwszy po seansie widziałem taką kolejkę do kibla. Normalnie jak w 82-gim po szynkę przed świętami. Można by rzec, że gdyby nie umywalki to nie byłoby się gdzie odlać.


A teraz kilka ostrzeżeń: po pierwsze nie bierzcie dużej paczki popcornu, bo Wam sól usta wyjara; po drugie nie bierzcie litrowej coli, bo będą Was szczypał oczy, uszy i będą się zwijać włosy na piętach, a nie ruszycie dupy do kibelka, aby nie stracić nic z filmu; po trzecie weźcie (Ci co potrzebują) leki na prostatę, bo reklamowe psi psi wykończy Was, albo Wasze nerwy lub też nerwy widzów siedzących za Wami. No to skoro ostrzeżenia, jak przed seansem żeby nie kraść okularów były, to czas przejść do skrzyżowania koni i kretów czyli końkretów, które a propos koni i kretów również były obsadzone w rolach.


Od czego by tu zacząć? Może od tego, że na film naprawdę warto pójść. Sam w sobie jest świetnym widowiskiem, mógłbym pokusić się wręcz o słowa, że genialnym, co w moich parchatych, dźwiedzich, malkontenckich ustach jest nie lada pochwałą. Jednak daleki jestem od tego, aby film okrzyknąć rewolucją w kinematografii.  Bo co to za rewolucja, która łączy w sobie stare wątki westernów, z pomysłem tworzenia świata rodem z Gwiezdnych Wojen, budowy postaci i ich animacji a’la Władca Pierścieni czy „300”? Same 3D i to wcale nie w genialnym wykonaniu to na rewolucję zdecydowanie za mało. Mimo, to, że wątki są znane, 3D do genialności wiele brakuje, to jednak całość złożono w świetne widowisko, które robi wrażenie na widzu, a fabuła nie jest zupełnie plastikowa, jakby się mogło zdawać, mimo iż prosta jak Prince Polo.


 


Film ogląda się z zaangażowaniem, ciekawością, momentami napięciem i nie ma ani chwili czasu na to, aby pójść się odlać. Ciekawi wszystko, a przede wszystkim przyroda Navi. Rośliny, zwierzęta, owady, gady i inne cholerstwo przykuwa momentami uwagę widza bardziej niż fabuła filmu. A fabuła? No cóż, AVATAR to western Since Fiction, gdzie rolę Dzikiego Zachodu spełnia księżyc Pandora, prerię zastępuję naviańska dżungla, uciśnionych Indian - autochtoni Navi, a kowbojów (złych kowbojów) – amerykańscy najemnicy (byli marines) wynajęci przez korporację, która poszukuje złóż naviańskiego złota czyli minerału, którego nazwy niestety nie zapamiętałem, a przecież to on był źródłem tego całego zamieszania.


Fabuła Avatara tym się różniła od tradycyjnych indiańskich westernów, że to „Indianie” Navi byli tymi dobrymi, a amerykanie byli tymi złymi - kowbojami, którzy chcieli zniszczyć Naviański nie taki dziki Zachód dla szmalu. No i tym jeszcze, że tym razem to „kowboje” dostali w dupę. Czy należy tu się doszukiwać potępienia dla historii Dzikiego Zachodu i postępowania dawnych osadników i armii amerykańskiej w stosunku do północnoamerykańskich Indian, oraz gloryfikacji życia przyrody, która stanowi niepoznaną do końca jedność? Być może, ale to bardziej podpowiada wyobraźnia Polarnego, niż ewentualne rzeczywiste przesłanie filmu. No, ale przecież cały ten film opiera się na pobudzaniu wyobraźni. Moja się pobudziła.


AVATAR FOTO 1


Cóż, zachwyty zachwytami, czas dodać jakąś łyżkę dziegciu do tej 160 minutowej beczki miodu. Gra aktorska w  AVATARZE zeszła na drugi, a nawet na trzeci plan. Na pierwszy wysunęła się animacja istot Navi oraz efekty specjalne w postaci świata Navi. Ani Sigourney Weaver, ani też Sam Worthington nie zrobili na mnie większego wrażenia, a pułkownik Miles Quaritch (Stephen Lang) był wręcz tak nudny i plastikowy jak karta do bankomatu bez limitu gotówki. Za to postać Neytiri (Zoe Saldana - piękność m.in. ze Star Treka) zrobiła na mnie wrażenie. Mimo słabej mimiki i ograniczonego wyrazu to jednak ona była dla mnie aktorską postacią pierwszoplanową. No, ale to moje subiektywne spojrzenie, jak to chłopa na fajne baby.

 

AVATAR NEYTIRI


Bylejakość aktorów nie przeszkadzała w filmie (oprócz wymienionego wcześniej pułkownika), ale przeszkadzała mi jakość kopii, bo chyba o jakość tu chodzi. Źle odwzorowane kolory, gubienie ostrości psuły momentami przyjemność oglądania. Czasami aż się chciało krzyknąć: - Ku…wa!!! Ostrość!!, bo świat Navi Camerona był tak wspaniały, że nie chciało się uronić ani chwili z jego podziwiania.

 

AVATAR FOTO 2


James Cameron użył swojej wyobraźni z dobrym skutkiem, jednak jak na film, na którego produkcję i reklamę wydano prawie pół miliarda dolarów, to słowa „z dobrym skutkiem” to trochę za mało. Biorąc pod uwagę, że fabuła była prosta i praktycznie jednoliniowa, jak w starych grach rpg, a aktorstwa nie było w ogóle, to chyba warto było się pokusić o dodanie paru smaczków w efektach specjalnych 3D. Niestety, ale chyba na to wyobraźni Cameronowi nie starczyło.

 

AVATAR PLAKAT POSTER 3 NEYTIRIGenialny świat przyrody Navi i dobre odwzorowanie autochtonów to trochę za mało dla takiego widza jak Polarny. Zabrakło mi tu paru efektów z dość prostackiego, ale efektownego Oszukać Przeznaczenie IV 3D. Za mało (… hm… prawie w ogóle) przedmiotów szybujących w kierunku widza, za mało zbliżeń owadów, kwiatów, latających zwierząt, czy też np. nasion boskiego drzewa Navi, które to mogły przecież bez problemów efektownie zbliżyć się do widza. Jak na trójwymiarowy film za ponad 250 mln dolców wydanych na samą produkcję i animację 3D, to film ten jest po prostu ZBYT PŁASKI. Szczególnie, że nie dopracowano niektórych szczegółów jak np. wspinaczka młodych Navi po górach, która odbywała się wbrew prawom fizyki, bo najpierw działały nogi, a później ręce, co w normalnych warunkach spowodowałoby nic innego jak runięcie w przepaść.

 


No, ale mimo pewnych niedociągnięć AVATAR to wspaniały film dla wszystkich. Jest tam i antywojenna bajka z proekologicznym przesłaniem, i western, i oczywiście jest SF, trochę filmu wojennego i odrobinę melodramatu. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Ci którzy przebąkiwali, że jest to fabularna realizacja gry komputerowej musieli bąkać w krzesło pod stołem po sutej Wigilii w ogóle nie widząc filmu. Film robi wrażenie. Widzowie w wieku: 14 (CM), 20 (CD) i 41(Polar), byli tak samo zadowoleni i zachwyceni AVATAREM, że chcieliby dotknąć tego świata. Wszystkim nam jednak brakowało większej ilość efektów 3D, ale żadnemu z nas to nie przeszkadzało, aby wychodząc z kina powiedzieć, że był to jeden z najlepszych filmów jakie widzieliśmy. Cóż, może rodzina Polarnych ma spaczony gust?

 

 


WNIOSEK: TO JAK BĘDZIE WYGLĄDAŁA NASZA PRZYSZŁOŚĆ JEST OGRANICZONE NASZĄ WYOBRAŹNIĄ, A TA RZEKOMO JEST NIEOGRANICZONA.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Zakładki:
THE BEST OF HUMOR
THE BEST OF SERIOUS
PIERWSI ... bo tak
RÓŻNY BLOGOWY ŚWIAT
NOWO I STARO ODKRYCI
BLOG ROKU 2007
BLOG ROKU 2008
MÓJ FOTOBLOG
SKARGI I WNIOSKI DO
DODATKI


ZAPRASZAM