MISIEK POETYCKO

piątek, 21 stycznia 2011

Ocknąłem się jakiś taki martwy.  Próbowałem ruszyć ręką, później nogą, ale nic. Nabrzmiały brzuch też jakoś nie reagował na chęć puszczenia bąka. Napiąłem się jeszcze raz i nic. Rozejrzałem się w około i jakież było moje zdziwienie, gdy … zobaczyłem sam siebie.  Leżałem na miękkiej białej poduszce, w eleganckim czarnym garniturze (takim jak lubię) w którym nigdy nie chodziłem. Oczy miałem zamknięte. Spałem? Hm… przecież nie śpi się w garniturze w łóżku i to jeszcze w butach!! No dobra, czasami się śpi …  po weselu, ale przecież nie byłem na żadnym weselu i niestety nie było to łóżko. Leżałem w trumnie!!!


- Tu… tu .. 154 – usłyszałem nad głową głos mistrza ceremonii. Spojrzałem w jego kierunku i zobaczyłem, jak rozpycha się w tłumie krzycząc ponownie: - Tu.. tu … 154.


Zgłupiałem, przecież nie leciałem do Smoleńska. Rozejrzałem się w około. Tłum ludzi. Rzędy krzeseł i siedzący ludzie, a za nimi stojący. Jeden rząd, drugi, … dziesiąty, aż do końca wielkiej hali. Tłum jak na pogrzebie Michaela Jacksona. Właśnie!! Jak na pogrzebie!!! To był pogrzeb!!! Mój pogrzeb!!


Mistrz ceremonii znowu krzyknął: - Tu .. tu 154 - ciągnąc za sobą jakąś staruszkę. Gdy dopchał się do jednego, jedynego wolnego miejsca, usytuowanego na samym środku pierwszego rzędu, vis a vis trumny, krzyknął po raz ostatni: - Tu… tu … jest miejsce 154. Proszę siadać zaraz zaczynamy.


Po jego słowach światła przygasły a z głośników popłynął „Ostatni Mohikanin”. Tłum ucichł, a po hali niosła się moja ulubiona melodia. Na wielkim telebimie, podwieszonym nad trumną, w przepaś rzucała się piękna blondynka. W tym momencie na scenę wkroczył zespół irlandzkich tancerzy rozpoczynając część artystyczną.

 

 

Tłum kiwał się rytmicznie w tak melodii, a trumna rozbłyskiwała podświetlana raz białym, raz niebieskim światłem. Po bokach tryskały fontanny iskier tworząc wir kolorów, w którym dominowała czerwień i … czerń. Zdziwiłem się bardzo, jak w tym wirze można zauważyć czerń, ale widocznie można skoro zauważyłem. Kolory, jakby umierały w tej czerni, ratował je tylko poblask bieli i niebieskiego odbijających się od trumny. Show trwał, a ja unosiłem się nad nim i przyglądałem się przybyłym.


Było ich masa. Znanych i nieznanych. Zatrzymałem się nad miejscem nr 154 i przyjrzałem się staruszce wprowadzonej przez mistrza ceremonii. Była dziwnie znajoma. Jej rysy bardzo przypominały mnie samego, ale jednak to była kobieta. Matka? Nie. Ta siedziała dalej, wraz z babcią… co ciekawe, tą, która od dawna nie żyje. Kim była ta kobieta?


- Nazywam się Wyobraźnia – przedstawiła się staruszka siedzącej obok pięknej, trzydziestoparoletniej kobiecie.


Przyszłam na ten pogrzeb – kontynuowała do ucha sąsiadki wokół, której kręciła się dwójka żywych, jak iskra chłopców – ponieważ niedługo sama pewnie umrę, a to był mój najlepszy przyjaciel.


Kobieta spojrzała z ciepłym uśmiechem na staruszkę i również się przedstawiła: - Nazywam się Nadzieja. Jestem równie stara jak Pani, a mój wygląd może mylić. Moje blond włosy w rzeczywistości są siwe. Jestem tu, bo …  - na chwilę wstrzymała głos - … bo ja… umieram ostatnia – dokończyła jakby bez sensu w zamyśleniu. Staruszka ze zrozumieniem pokiwała głową i w milczeniu zaczęła oglądać dalszą część show.


Popłynąłem dalej nad głowami tłumu wsłuchując się w słowa ludzi. Show się skończyło, a na scenę wyszedł mistrz ceremonii rozpoczynając przemówienie:

- Kochani. Zebraliśmy się tutaj, aby pożegnać … .


Nie słuchałem dalszych słów, ponieważ głośniejsze do słów okazały się myśli przemawiającego.


- Co za debil. Wymyślił sobie „Ostatniego Mohikanina”, laski na scenie, ogórka kiszonego i setkę dla tłumu. Kretyn.


Jego myśli, jakoś dziwnie kłóciły się z tym co mówił wychwalając moją osobę, która leżała sztywno, jak przystało na sztywniaka w trumnie obok. Później przemawiali następni. Czytałem sobie ich myśli dowiadując się, co naprawdę o mnie myśleli i kim naprawdę dla mnie byli. Poznawałem kłamstwa i prawdy. Miłość i nienawiść. Chciwość, zazdrość, prawdziwy smutek. Teraz wiedziałem kto kim naprawdę jest, które słowa powiedziane za życia były prawdą, a które fałszem. Ciekawe doświadczenie, uwierzcie mi.


Nagle światła rozbłysły tak mocnym światłem, że wszyscy zamknęli oczy. Ja też. Gdy je otworzyli przed oczyma wszystkich pozostał tylko jeden wielki wir kolorów, układający się w obrazy – moje obrazy, które miałem w głowie, a których nigdy nie potrafiłem namalować. Malowałem je słowami, a teraz przybrały realny kształt. Niesamowite, jak słowa potrafią malować obrazy w ludzkiej głowie zarówno te czarne, jak i pełne barw i odcieni. Kolory nakładały się jeden na drugi, warstwami, jakby kolory dławiły inne kolory, jakby jednym uczuciem zastępować inne. Uderzenia słów zamieniają się w uderzenia pędzla zmieniając obraz myśli na moją modłę. Więcej światła – agresja. Wszystkie plamy są przemyślane, układają się w jedną idealną całość. Nie ma niepotrzebnych słów i niepotrzebnych plam, gdy trzeba coś poprawić pojawiają się następne słowa, następna warstwa i obraz się maluje sam. Słowa uderzają, nie miziają. Są trafne do bólu, to dopiero nadaje im prawdziwej barwy. Wtedy obraz jest prawdziwy. Nie ma niezamierzonego brudu, a barwa staje się czysta – prawdziwa, jak słowa, którymi maluję swój obraz. Dominacja koloru, dominacja słów. Spod jednolitej barwy przebija się prawdziwe ja. Pod warstwą zawsze kryje się prawdziwe ja. Jednak najgenialniejsze jest słowo, gdy maluje bez warstw, wtedy jest od początku do końca prawdziwe. Jak okruszek – jedna całość.


W tych obrazach na pierwszy plan wysunął się jeden. Bezpośrednio nad trumną. Przyjrzałem mu się bliżej. Z białej plamy zaczął wyłaniać się kształt. Biała tablica nagrobna z wyrytymi niebieskimi literami: - Poczucie Humoru. Zmarło śmiercią tragiczną. Żyło lat … .


Nie dokończyłem czytania. Obudziłem się. Ale czad.

 


WNIOSEK: SŁOWA SĄ JAK FARBY, MALUJĄ OBRAZY W NASZEJ WYOBRAŹNI. SZTUKĄ JEST NAMALOWAĆ DOBRY OBRAZ, ALE JESZCZE WIĘKSZĄ SZTUKĄ JEST, ABY TEN OBRAZ BYŁ  PRAWDZIWY I PRZETRWAŁ NIE TYLKO W WYOBRAŹNI, ALE RÓWNIEŻ W SERCU.

czwartek, 25 marca 2010

Pewnego wieczora uczeń przechadzając się po ogrodzie spotkał klęczącego Mistrza. Gdy podszedł bliżej zauważył, że jego mentor klęczy nad różą i wyrywa wokół niej chwasty. Robił to pomału, staranie, mówiąc jednocześnie do kwiata. Zachodzące słońce odbijało się swą czerwienią w purpurowych płatkach bujnie rozkwitłej rośliny. Była piękna. Promienie podkreślały jej kształty, a czerwieni płatków nadawały niesamowitą głębię. Uczeń nie słyszał słów Mistrza, ale czuł bijące z tembru głosu ciepło. Podszedł więc i zapytał:


- Mistrzu czy miłość trwa wiecznie?


- Nie synu. Miłość zależy od nas. Tak jak i przyjaźń. To dzięki nam się one rodzą i dzięki nam umierają. Widzisz tę różę? To Miłość. Nazwałem ją tak, bo miłość jest, jak moja róża. Jest piękna, ale może zranić ostrym kolcem, jej płatki są jednak delikatne, a woń zniewala umysł i serce. Taka właśnie jest miłość.


Uczeń chwilę się zastanowił i ponownie zapytał:


- O czym jej mówisz Mistrzu?


- O sobie chłopcze. O moich uczuciach. O radości i smutku. O troskach i szczęściu. O codzienności i o rzeczach niezwykłych.


- Po co to robisz?


Mistrz nie odpowiedział od razu. Odsunął się lekko na bok, a oczom ucznia ukazały się jeszcze dwie róże. Jedna w podobnym odcieniu jak róża Mistrza, ale dużo bledsza z trudem przebijała się przez wijący się wokół niej powój, ledwo wyglądając swoją głową znad bujnej trawy. Trwała, ale widać, że ostatkiem sił, wymęczona i zdziczała. Druga już uschła. Jej zwieszona brunatno czerwona głowa oznajmiała jej kres.


- Widzisz synu te róże.


- Tak Mistrzu. Jedna jest uschnięta, a druga niedługo uschnie.


- Taka jest właśnie miłość. Jest jak róża.


- Nie rozumiem. Przed chwilą mówiłeś, że miłość jest jak Twoja róża. Piękna, zniewalająca, niesamowita, czasami raniąca kolcami, a teraz pokazujesz mi dwie inne, z których jedna umarła, a druga za chwilę to zrobi, i mówisz, że one też są jak miłość?


- Tak synu. Te róże też są jak miłość. Tylko o nie nikt nie zadbał. Nikt do nich nie mówił. Nikt nie wyrywał wokół nich chwastów. Nikt ich nie podlewał. Jedna uschła i nawet już jej kolce nikogo nie zranią. Druga zdziczała, straciła swe piękno i potrafi tylko ranić, ale gdy przyjdzie jej kres to i jej kolce opadną i stanie się tylko suchym badylem. Miłość jest jak róża. Trzeba o nią dbać, by była piękna i kwitła. Zaniedbana z czasem najpierw tylko rani, a później usycha.


Uczeń zamyślił się. Klęknął obok Mistrza i zaczął pielić zdziczałą różę. Zrozumiał, że można ją uratować, bo przecież róża jest jak miłość.


 

 

 

WNIOSEK: NIC NIE TRWA WIECZNIE, ALE I NIE UMIERA BEZ POWODU.

wtorek, 05 stycznia 2010

ŚMIERĆ MISIA SZUBIENICA

Zamykam za sobą drzwi

Nie ma mnie już

Zawiasy skrzypią, jak moje słowa

Nie pytaj już, gdzie wiedzie droga


Zamykam drzwi, wyrzucam klucz

Otwieram  oczy, zamykam usta

Nie widzę nic, przede mną podróż do nikąd


Stary świat tylko koszmarem się śni

Nie wrócę tu już

Nie wejdę w to wszystko od nowa

Ostatnia pieśń już gotowa


Deski mych myśli skrzypią niemiłosiernie

Stąpa po nich smutek i pustka

Zamykam się w sobie


Nie otworzę tych drzwi

Dość błyskawic i burz

Nie ma mnie i nie ma Boga

Pozostaje już tylko jedna droga.


Chcę uciec, ale dokąd? Któż to wie?

Ta pieśń po prostu kończy się.

niedziela, 11 października 2009
Macie zapewne czasami takiego doła, że nic wam nie wychodzi, za co się nie zabierzecie zamienia się w gówno, a myśli wam cuchną jak stare szambo. Co wówczas robicie? Polarny kiedyś zaszywał się w najgłębszy zakamarek swej śnieżnej jamy i albo przesypiał, albo katował się tonami ulubionej muzyki. Czasami brałem flaszkę i piłem do spóły z laptopem. Wtedy lepiej było do mnie nie podchodzić bez siekiery i bosaka. Ostatnio się to jednak zmieniło. Jak mnie coś gryzie to tworzę. Tworzę dla siebie, do szuflady, a raczej do notka. Zalewam go jakimiś bzdurami: w formie monologów z samym sobą, wierszy lub tekstów piosenek, a czasami bawię się w układanie czegoś z sampli. Pod „poczytaj mi mamo” znajdziecie dalszy ciąg i próbkę tego, co tworzy się w głowie Polarnego.
czwartek, 17 września 2009
DĄB

Pewnego razu Uczeń podszedł do swego Mistrza siedzącego w zamyśleniu na pniu starego spróchniałego dębu i zadał mu pytanie:


- Mistrzu, kto to jest przyjaciel???


- Przyjaciel to człowiek, który cieszy się Twoim sukcesem i martwi się Twoją porażką. To człowiek, który pomoże Ci w potrzebie i nie będzie żądał niczego w zamian. To człowiek, który będzie płakał razem z Tobą i razem z Tobą się śmiał. To człowiek, który będzie z Tobą nie tylko w dobrych chwilach, ale i w tych złych. To człowiek, który potrafi zrozumieć Ciebie nawet, gdy Ty siebie nie zrozumiesz. To człowiek, który się od Ciebie nie odwróci, gdy wszyscy inni już odejdą.


Uczeń usiadł obok Mistrza i zaczął się zastanawiać nad tym co usłyszał. Różne myśli kłębiły mu się w głowie, i w końcu ponownie zapytał:


- To w takim razie kim jest osoba, która Mnie kocha, bo ja właśnie tak jak opisałeś wyobrażałem sobie kogoś, kto Mnie będzie kochał? Jaka więc jest różnica?


- Taka, że człowiek, który Cię kocha nigdy nie zwróci się przeciwko Tobie, nawet jeżeli go zranisz. Były przyjaciel potrafi być największym wrogiem. Widzisz ten pień dębu na którym siedzimy?


– Tak Mistrzu, ale co to ma wspólnego z moim pytaniem?


- Ten, który Cię będzie kochał będzie jak dąb, a Ty będziesz jak ziemia, która pozwala mu rosnąć. Nawet jak go zetną, to zawsze pozostaną korzenie, które będą Was łączyć.

 


WNIOSEK: NIEKTÓRZY MYLĄ PRZYJAŹŃ Z MIŁOŚCIĄ, ALE TO MOŻNA WYTŁUMACZYĆ, GORZEJ GDY JE FAŁSZUJĄ NA WŁASNE POTRZEBY.

wtorek, 07 lipca 2009


Słowa pukające do drzwi


Nie wierz słowom, bo złudnym są one mirażem


Raz jest jedno innym razem trzy


Lub tysiąc z kłamliwym wizażem


Nie wierz słowom


Gdy są zbyt prawdziwe, aby w nie uwierzyć


Bądź tylko sobą


I Pozwól kłamstwu z prawdą przed progiem twych drzwi się zderzyć


Nie otwieraj


Niech czekają milcząco ociekając z lukru


Niech gorzknieją w ciszy otrząsając  się z ze słodkiego pudru


Nie otwieraj


Poczuj najpierw ich słodko – gorzki smak


I nie czekaj aby otworzyć i zaprosić je do środka


Twoje myśli same dadzą Ci znak.


 


 


Ludzie zbyt często chwytają się słów na które czekają. Nie potrafią oprzeć się temu, co one tworzą w ich wyobraźni. Słowa czasami mamią, a pod ich pokrywą lukrowanej słodyczy czai się fałsz. Wiara w słowa jest często zgubną, gdy na nie czekamy. Jednak czy nie warto czasami uwierzyć, aby przekonać się czy są fałszem? Czy nie warto zaryzykować i jak w pokerze powiedzieć po prostu: „Sprawdzam”?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
THE BEST OF HUMOR
THE BEST OF SERIOUS
PIERWSI ... bo tak
RÓŻNY BLOGOWY ŚWIAT
NOWO I STARO ODKRYCI
BLOG ROKU 2007
BLOG ROKU 2008
MÓJ FOTOBLOG
SKARGI I WNIOSKI DO
DODATKI


ZAPRASZAM