poniedziałek, 31 lipca 2006

Dziś obiecane zdjęcia z tajemniczego parku. Ma on kilka hektarów i dwa jeziorka. Jedno mniejsze, którego zdjęcia nie mam i drugie większe. W sumie są to olbrzymie stawy a nie jeziorka. Kiedyś były to stawy rybne, z pięknymi ozdobnymi rybami, a także wieloma gatunkami ryb słodkowodnych. Oba stawki połączone były jazem i mostkiem.

Dziś nie ma ani mostku ani jazu, a grobla między stawami jest zasypana. Oba stawy pokrywa gęsty kożuch roślin wodnych wyglądający, jak zielony dywan.

W lesie parkowym jest wiele gatunków drzew, które rosną w pokrętny sposób.

Tu znalazłem również łopian, którego nie widziałem baaaardzo dawno. To jest łopian gigant. Jego liście w niektórych przypadkach mają prawie metr średnicy, a wysokość większości oscyluje między 1,5 a 2 metry.

To na tyle z tematu dworek i park. Nie będę więcej męczył was opowieściami i zdjęciami o urokach wsi w której spędziłem parę dni swojego urlopu. Wracam do swojego misiowego pisania.

WNIOSEK NA DZIŚ: UWIELBIAM TAKIE MIEJSCA PEŁNE CISZY SPOKOJU I ZADUMANIA.

niedziela, 30 lipca 2006

Dziś dalszy ciąg podróży po Mojej Wsi, w której niby nie ma nic ciekawego, a jednak można się czymś zainteresować. Takich domów jak ten w Mojej Wsi, jak i okolicznych, jest masa.

W tej niby nudnej i niby mało ciekawej wsi można jak wszędzie znaleźć coś ciekawego. Takim interesującym obiektem jest XIX-wieczny kościół wybudowany z drewna.

Obok kościoła znajduje się drewniana dzwonnica. Jeszcze do nie dawna służyła również jako dzwon wzywający straż pożarną i ludzi do pomocy.

Fundatorem kościoła byli właściciele ziemscy, których grobowiec znajduje się na podwórzu kościoła. Z jednej strony grobowca wystylizowano dwa kwiaty oznaczające życie. Z drugiej strony dwie czaszki oznaczające śmierć.

Tak wygląda ta czaszka z bliska.

Po lewej stronie grobowca (dziś zasłonięte młodym modrzewiem) umieszczone są znaki rodowe właścicieli ziemskich pochowanych w grobowcu i fundatorów kościoła.

Ona i on mieszkali w XIX wiecznym dworku - zameczku. Mógł go pozazdrościć nie jeden książe. Ona i on wybudowali na wzór rezydencji Sasów znajdującej się w mieście, o 15 km stąd . Była to bogata rodzina. Ich potomkowie również.

 

Z rodziną tą wiąże się pewna historia:

Ona była arystokratką, ale kochającą Swoją Wieś i Swoich Ludzi. Kościół ufundowała dla okolicznych Wsi, które należały do niej i do jej męża. Ubierała się często jak wieśniaczka i wychodziła miedzy ludzi. Kochała wszystkich i była kochana. Jedyną zadrą w jej życiu był proboszcz nowo wybudowanego kościoła. Denerwowało go, że Ona ma taki posłuch we wsi, większy niż ksiądz. Ona była autorytetem. Autorytetem wynikającym z miłości, szacunku i dobra. Ksiądz był autorytetem bojaźni bożej. Sam był złym i zawistnym człowiekiem. Pewnego razu było lato takie jak dziś. Upalne, duszne bezdeszczowe. Plony marniały, a jedyną pomoc jaka dostawały wsie była pomoc Ich – jej i jego. Ona była wtedy w bliźniaczej ciąży. Oboje cieszyli się na przyjście swojego potomstwa. Ona w jedną z niedziel wybrała się do kościoła na mszę. Ubrana była jak wieśniaczka, a że gorąc był niemożebny, a i ciąża była zaawansowana weszła do kościoła w rozpiętej na piersiach koszuli. Siadła w pierwszej ławce i czekała na mszę. Ksiądz gdy wszedł na ambonę nie rozpoczął mszy. Spojrzała na Nią i zwietrzył okazję do zniesławienia swojej rywalki. Znalazł jedyna okazję, by przed całą wsią zniesławić Ją i poderwać jej autorytet. Nim rozpoczął mszę zwymyślał szlachciankę od ladacznic, które z nagimi piersiami śmią wchodzić do Domu Bożego. Swoimi słowami wygnał Ją z kościoła. Ona zapłakana i smutna wybiegła z kościoła do swojej rezydencji, ale w czasie drogi czy to z nerwów czy to z gorąca zaczęła rodzić. Był to poród przedwczesny, a medycyna w tamtych czasach dość słaba. Efekt był taki, że bliźniaki: chłopiec i dziewczynka nie przeżyły porodu. Ona zamknęła się w sobie, a wieś na długie lata przestała dla niej istnieć. Ksiądz osiągnął to czego chciał i został jedynym autorytetem we wsi. Ale nie na długo. On rozżalony utratą dzieci i postępowaniem księdza wygnał go ze wsi i spowodował, że nie został ona kapłanem w żadnej z pobliskich parafii. Ona znowu zaszła w ciążę. Wtedy wróciła do swego ludu i do swych wsi. Urodziła chłopca, jedynego spadkobiercę rodziny. Żył on w tym zamku jeszcze do końca lat pięćdziesiątych XX wieku, kiedy to jako wywłaszczony kułak wyprowadził się Łodzi. Słuch o nim zaginął. Do dziś nikt nie upomina się ani o ziemię, ani o zamek, ani przepiękny park, który wokół niego kiedyś istniał, a który dziś wskazuje na niegdysiejszą świetność tej rezydencji. 

     

Rezydencja funkcjonowała w bardzo dobrym stanie do końca lat 40 –tych XX wieku. Po uwłaszczeniu w latach pięćdziesiątych została przejęta przez państwo. Od tego momentu zaczęła popadać w ruinę. Najpierw ja rozkradziono. Później były w niej jakieś urzędy, a przez jakiś czas swoje biura miała tam rzekomo cukrownia. W latach 80-tych w dworku urzadzono wiejski klub. Były tam dyskoteki i bar. Z czasem jednak i to umarło. Jeszcze do końca lat 80 – tych na ścianach było widać gdzieniegdzie freski i płaskorzeźby. W latach 90 – tych to wszystko rozkradziono, albo przemalowano, obiekt nagle stał się niczyj. Nikt go nie remontował. Nikt go pilnował, aż stał się ruiną i wygląda dziś tak jak wygląda.

Tak wygląda fasada. Wnętrze wcale nie wyglada lepiej.

O świetności sal w dworku niech powiedzą plafony, które jeszcze zachowały się do dnia dzisiejszego.

A tu odbywały sę dyskoteki, a wcześniej bale.

Jutro przedstawię fragmenty ogrodu, który należał do posiadłości, a dziś stanowi rezerwat przyrody.

WNIOSEK NA DZIŚ: WSZĘDZIE JEST COŚ INTERESUJĄCEGO.

 

sobota, 29 lipca 2006

Podróżowanie, gdziekolwiek to by nie było, to fajna rzecz. Kiedyś moja ulubiona Pani Od Geografii powiedziała, że nie ma nieciekawych miejsc, tylko trzeba umieć tę ciekawość odkryć. Uczyła nas jak mieć oczy otwarte w miejscach, które na pierwszy rzut oka są kompletnie nieciekawe. Kiedyś potrafiłem to robić, ale jak Miś opuścił swoja pierwszą rodzinną gawrę zapomniał o tych słowach. Świat wokół niego po prostu był i tyle. Z czasem jednak słowa powróciły jak bumerang. Zacząłem otwierać oczy i znajdywać coś dla uśmiechnięcia twarzy lub coś co potrafi zainteresować lub urzec swoim pięknem. Przywiozłem parę fotek ze swojego byczenia i podzielę się niektórymi z wami.

Czy podróżując samochodem, rowerem, pociągiem zauważacie miejscowości, które mijacie? Zauważacie, że wiele z nich ma bardzo ciekawe i śmieszne nazwy? Ze swej Miniowej podróży przywiozłem kilka takich fotek.

Zacznę od tego, że jak wiecie mam w domu „Trzy Panny” i Suka. Poniżej widać Trzecią Grzeczną Pannę czyli Córę Małą.

Jak na niedźwiedzia przystało musi być zdjęcie rodzinne i oto proszę bardzo są Dwa Niedźwiady – duży i mały (z przyczyn mi znanych zdjęcie objęto częściową cenzurą).

Szukając po drodze miejsca dla załatwienia potrzeb fizjologicznych wdepnęliśmy w to i owo, a przy okazji oddaliśmy:

Na koniec w poszukiwaniu deszczu myśleliśmy, że znajdziemy go gdzieś gdzie są błota, no ale niestety w taka suszę nawet błota zostało tylko pół.

WNIOSEK NA DZIŚ: OTWÓRZ PORZĄDNIE OCZY, A ZOBACZYSZ ŚWIAT, KTÓREGO INNI NIE WIDZĄ.

MSIEK WRÓCIŁ DO GAWRY.

JESZCZE TU DZIŚ PRZYJDĘ ZOBACZYCIE!!!!

czwartek, 27 lipca 2006

Piąty dzień spędziłem na podróżach między urzędami. Codzienność zderzyła się z idiotyzmem urzędniczym. Moja Wieś jest w centrum Polski. Aby coś załatwić bez samochodu nie dyrydy. Autobus przez wieś przejeżdża trzy razy dziennie. Musieliśmy babci ustanowić księgi wieczyste, by uregulować sprawy majątkowe i spadkowe. Do wydziału geodezji 20 km w jednym mieści, księgi wieczyste w innym mieści w zupełnie przeciwnym kierunku 40 km, załatwienie czegokolwiek to minimum 120 km. Urząd miedzy urzędem nie chce się porozumieć telefonicznie, więc trzeba jechać samochodem. Jeżeli nie załatwi się wszystkiego za jednym razem podróż trzeba powtórzyć, a wszystko dlatego, że urzędy administracji państwowej i administracja sądowniczą nie pokrywa się rejonizacją. Niby rząd chce reorganizacji administracji, ale tylko na chceniu się kończy. Jedna rzecz mnie tylko podbudowała – życzliwość urzędniczek, chociaż Koleżanka Małżonka twierdzi, że to mój urok własny i umiejętna rozmowa, a nie życzliwość urzędniczek ułatwiła sprawę.

Dzień szósty to zaprzyjaźnianie się z owadami. Tego czego się nie da zwalczyć, trzeba polubić. Polubiłem więc muchy które setkami znajdują się wszędzie, polubiłem ćmy, które przechadzają się po mnie w nocy, pająki i żuczki wędrujące sobie po wiejskiej chałupce przestały być emocjonalnym zagrożeniem. Suk zaprzyjaźnił się z pchłami i przestał zawzięcie gonić własny ogon. Nastąpiła asymilacja. Ostatnio mimo suszy pojawiły się komary. Czyżby miały zwiastować chłodniejszą pogodę? Temperatury i czyste niebo tego nie zwiastują. Pojechaliśmy sobie też nad jeziorko. Woda 27 stopni, powietrze w cieniu 31. Normalnie Afryka. Miś pomoczył ciałko w zupowej wodzie i pokrzepiony powrócił do siebie, by dalej się byczyć (albo misić? – sam nie wiem jak to nazwać).

Dzisiaj rozpoczną się też żniwa. Misiek zakasa dziś futro i będzie ładował wieczorem zboże z przyczep do stodoły, a może znajdzie się i czas na zwiezienie słomy? W dzień nie da rady, ładować zboż, skwar i upał zabiłyby w Misiu największe chęci do pracy. Taki wypoczynek dobrze mi zrobi. Fizyczna praca to także wypoczynek, dla tych, którzy większość czasu pracują głową. Jak wrócę do Misiowej Chatki to opiszę trochę okolicę Mojej Wsi i pokaże wam trochę zdjęć. Pozdrawiam wszystkich cieplutko, by nie rzec upalnie. Swędzi mnie już, by ponarabiać blogowe zaległości. Tęsknię już za Misiową Chatką.

WNIOSEK NA DZIŚ: WSZĘDZIE DOBRZE, ALE W MISIOWEJ CHATCE NAJLEPIEJ (KAŻDY MA SWOJĄ MISIOWĄ CHATKĘ).

PS. Ostatnio wpisy sponsorowane przez Mariusza, dzięki któremu mam dostep do netu. Córa Mała wlaczy dzielnie z jego młodszą siostrą. Całuski juz niedługo wracam. chociaż staram się zebyście nie odczuwali mojej nieobecności. :))


wtorek, 25 lipca 2006

Obiecałem opis życia przed wiejskim sklepem. Jest to bardzo ciekawe zjawisko socjologiczne i społeczne. Rano przed sklepem te same osoby co i wieczorem. W południe również. Dołączają do nich od czasu do czasu: rolnicy wracający z pola na obiad, kobiety wiozące swoim mężczyznom obiad lub napoje, babcie, które mają ochotę przekazać najnowsze wiadomości, dzieciaki, które zostały wysłane po coś do sklepu. Przed sklepem zawsze ktoś jest. Sklep to najlepsza poczta, telegraf, gazeta i miejsce dysput intelektualnych, kulturalnych i politycznych. Tu wiadomości rozchodzą się szybciej niż przez internet. Wiadomość, że Polarny zawitał do wsi rozniosła się w ciągu kilkunastu minut. Po 15 minutach od przyjazdu pojawiłem się w sklepie, by zakupić parę środków czystości i zaanonsować swoje przybycie. Zaczym wyszedłem ze sklepu już słyszałem za drzwiami: - Igrekowska (aby nie użyć Iksińska) a wiecie, że do K przyjechała już rodzina Polarnych? - Wiem Zetowska wiem. Z Sukiem przyjechali i z jedną małą Miśką i w tym roku w lipcu, a zawsze przyjeżdżali w sierpniu. Na te słowa wyszedłem ze sklepu przywitałem się grzecznie i uzupełniłem wiejskie informacje: - W tym roku wcześniej, bo ładniejsza pogoda w lipcu. W sierpniu będzie padać. W tym momencie jak bym oglądał Franka Dolasa: „wzięli sekator i ciach, ciach, ciach.” Za dwie godziny byłem po napoje. Znajomy mnie zaczepia: - Słyszałem, że masz sprawdzone informacje, że w sierpniu będzie padać, a tu porządnie nie padało od maja. Nic nie rośnie. Burak marny, ziemniaków nie ma, zboże się nie wiąże, kłosy puste, albo marne. Tak, poczta pantoflowa działa tu niezawodnie. Przyglądając się bliżej towarzystwu stwierdziłem, że siedzą tu z piwkiem albo „kapeluszem” Ci, którzy nic nie mają do roboty. Jak na tak małą wieś i tak jest ich masa. Byli pracownicy PGR-ów, a obecnie najemnicy nie mają pracy więc siedzą pod sklepem. Dowiedziałem się, że ich liczba znacznie się zwiększy, bo od 1 sierpnia zamykają cukrownię. Bardzo dobrze prosperującą. Dlaczego? Bo tak zarządził holding. Mają zamknąć pięć, a ta jest najdalej od zarządu. Pracę straci ponad 180 pracowników etatowych i około 200 sezonowych. To tragedia dla tego regionu. Tak sobie myślę, że Ci ludzie będą mieli jedynie ten sklep, gdzie będą co rano mogli przesłuchać Ustną Poranną Gazetę, będą mogli ponarzekać i znieczulić swoje myśli, które nie będą miały pomysłu na pracę. Cała życie oprócz chałupy toczy się wokół tego sklepu. Drugim takim miejscem spotkań (samych mężczyzn) jest rampa przy skupie mleka. Tam co rano i co wieczór spotykają się wózkowi i rowerzyści zwożący mleko z poszczególnych wiosek. Tam robi się szybko flaszkę na poprawienie humoru, tam słyszy się opowieści kto komu dał w mordę i za co, kto co komu ukradł, no i tematem przewodnim jest pogoda, która dla wsi jest wyznacznikiem dobrobytu, utrzymania albo klęski. Życie tu jest proste i zamyka się w kilku zdaniach. Nic tu się nie zmienia mimo internetu, lotów w kosmos, wojny w Libanie, mundurków Giertycha. Życie jest tu zaściankowe, a guru są tu nadal Kaczory i Lepper. Przeraża mnie ta wieś. Przyjeżdżam tu co roku i widzę, że tu ciągle jest wczesny Gierek lub późny Gomółka. Raz zapytałem w sklepie o codzienną gazetę - jakąkolwiek. Usłyszałem, że tu się gazet nie sprowadza, ludzie nie czytają. Na zamówienie gazetę bierze tylko ksiądz i nauczycielka. Jak bardzo przypomina mi to czasy Wyspiańskiego, Doktora Judyma, a nawet wcześniejsze. Ta wieś stoi w miejscu, a więc umiera i nie jest to wieś w Polsce B, to nie białostocczyzna, lubelskie czy Bieszczady. Stąd jest zaledwie 70 km do Łodzi i 110 do Warszawy. Ile jeszcze jest takich wsi?

WNIOSEK NA DZIŚ: GDY WIEŚ UMRZE, ZACZNĄ UMIERAĆ MIASTA.

PS. Przepraszam wszystkich, że nie bywam u was na blogach, ale z netu korzystam grzecznościowo i z dopadki. Jak tylko wrcócę tam, gdzie zawsze najlepiej, to zaraz nadrobię zaległości. Pozdrawiam was serdecznie i tęsknię za wami (nie da się tego ukryć, dobrze, że nie popłakuję w kąciku).
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Zakładki:
THE BEST OF HUMOR
THE BEST OF SERIOUS
PIERWSI ... bo tak
RÓŻNY BLOGOWY ŚWIAT
NOWO I STARO ODKRYCI
BLOG ROKU 2007
BLOG ROKU 2008
MÓJ FOTOBLOG
SKARGI I WNIOSKI DO
DODATKI


ZAPRASZAM