sobota, 31 marca 2007

 WIELKANOCNA BABA

Kiedyś głęboko się zastanawiałem jaka jest różnica między Żurkiem, a Białym Barszczem i okazuje się, że to zależy od tradycji rodzinnych i od regionu kraju. Są miejsca, gdzie nie ma różnicy między tymi zupami, a nazwa stosowana jest zamiennie. Jednak w rzeczywistości Żurek (przez niektórych nazywany Żurem) jest zupełnie czym innym niż Barszcz Biały, chociaż smakowo obie zupy dla niewprawnego smakowo konsumenta nie będą się miedzy sobą za bardzo różniły. Z powstaniem Żuru i barszczu białego wiąże się pewna historia: „W pewnej poznańskiej wsi mieszkał piekarz. Skąpiec jakich mało. Wszyscy którzy go znali jednogłośnie stwierdzali, że za dobrą kasę to by własna matkę sprzedał. Ów piekarz prowadził również karczmę. Podawał w niej chrzczone piwo, tandetny miód, byle jakie żarcie. Oszukiwał na czym tylko się dało. Ludzie z pobliskich wsi mieli dosyć karczmarza oszusta więc wynajęli pewnego żarłoka, aby ten dał nauczkę skąpcowi. Po pewnym czasie do karczmy zawitał tajemniczy człowiek. Miał przy sobie wielką skrzynię i sakwę pełną złota. Przybysz oznajmił, że chce założyć się z piekarzem o to, że zje najgorsza zupę jaką piekarz przygotuje i nie dostanie po niej niestrawności. Stawką była karczma i przepis na najgorszą potrawę przeciwko workowi złota. Był też jeden warunek: piekarz nigdy nie będzie mógł, ani gotować tej zupy, ani zdradzić nikomu przepisu i będzie się musiał wyprowadzić z okolicy, pod groźbą klątwy. Karczmarz zwietrzył niezły interes. Postanowił na kolację ugotować jakąś niestrawną bryję. Wziął skisłe resztki zaczynu na chleb razowy, zalał je wrzątkiem. Wrzucił dla niepoznaki parę warzyw, dodał przygotowaną do wędzenia surową, ledwo co przyprawiona kiełbasę, wrzucił znalezione jakieś stare zeschłe grzyby, z których jak były swieże zapomniano ugotowac sos do mięsiwa, wrzucił resztkę zeschniętej, podśmierdziałej już wędzonki, dla zbicia aromatu śmierdzącego mięsa wrzucił 2 ząbki czosnku, a na koniec narwał naręcze lebiody rosnącej za chałupą i dodał pod koniec gotowania. Całość podał na kolację. Jakie było jego zdziwienie, gdy przybysz nie dość, że zjadł zupę ze smakiem, to jeszcze inni w karczmie zechcieli je spróbować. Zupa okazała się przepyszna. Chytry piekarz – karczmarz stracił w ten sposób karczmę i przepis na zupę, no i musiał się wyprowadzić. Sprzedał piekarnie i pojechał na Śląsk. Jednak, że wciąż był chytrusem postanowił założyć karczmę na Śląsku i tam serwować swoją zupę. Jednak, że bał się klątwy zakwas z mąki żytniej zastąpił zakwasem z kiszonej kapusty. Smak zupy był podobny do tej, dzięki której stracił karczmę. Zupa była tak dobra, a wieść o niej niosła się po świecie, że do karczmy piekarza zajrzał nawet Jan III Sobieski wracając spod Wiednia.”

 Czy to prawdziwa historia? Któż to wie? Jednak w sposób jasny przybliża nam różnicę między Żurkiem, a Białym Barszczem. Jedna zupa gotowana jest na zakwasie z mąki żytniej, druga na zakwasie z kiszonej kapusty. Inne dodatki zależą od regionu, ale z reguły są podobne. Ja Wam proponuje coś jeszcze innego zupę świąteczną spotykana w niektórych regionach polski nazywaną różnie: „Biały klops”; „Barszcz klopsowy”, „Żurek klopsowy” czy „Kwaśny Klops”. Macie czas na zastanowienie, czy skorzystać z tego przepisu, a oto ON: 

ZUPA KLOPSOWA  

Składniki:

boczek wędzony, ale lepsza jest dobrze podwędzona wędzonka;

włoszczyzna: 2 marchewki, 2 pietruchy, mały seler najlepiej z liśćmi, por (wszystko zawinięte nitką lub w gazę);

mięso mielone wieprzowe, jakieś 400 g;

4 jajka;

jedna średnia cebula;

500 ml dobrze ukwaszonej smietany;

Bułka tarta, Mąka, vergeta, sól, pieprz, cukier, ziele angielskie, listek laurowy;

Sok z cytryny, majeranek; 

PRZYGOTOWANIE:Mięso przygotowujemy, jak do smażenia, przyprawiamy solą, czosnkiem, pieprzem, majerankiem, tymiankiem i bazylią i dodajemy dwa jajka. Z całości wyrabiamy jednolitą masę (dość luźną) i odstawiamy. W garnku pięciolitrowym wstawiamy około 3 litry wody. Wrzucamy wędzonkę lub boczek. Połowa wędzonki powinna być pokrojona w kostkę, pozostałą część wrzucamy w całości. Dodajemy do tego pokrojone warzywa zawinięte nitką lub w gazę. Jeżeli zawijamy w gazę to do warzyw od razu możemy zawinąć parę ziaren pieprzu, ziela angielskiego i ze dwa listki laurowe. Solimy, dodajemy 2 łyżki vegety i gotujemy wywar. Gdy wywar jest gotowy wyciągamy gazę z warzywami i przyprawami. Podsmażamy drobno posiekaną cebulę i dodajemy do wywaru. Na gotujący wywar wrzucamy uformowane małe klopsiki i gotujemy je w wywarze. Gdy klopsy zaczną wypływać przyprawiamy zupę dodając zagęszczacz w postaci: zmiksowanej śmietany wymieszanej z 2 łyżkami mąki (może być razowa), odrobiną wody i gorącej zupy oraz 2 żółtek. Ważne jest by dodać do tego mixu trochę gorącej zupy wtedy mix dodany do wrzątku nie zważy się nam. Na koniec zakwaszamy zupę sokiem z cytryny i doprawiamy do smaku. Na koniec całość podsypujemy dużą ilością majeranku i chwilę gotujemy. Całość podajemy z gotowanymi osobno ziemniakami polanymi tłuszczem i zasmażoną cebulką oraz z białą kiełbasą. Możemy też kiełbasę i ziemniaki wyłożyć w głębokiej misie i zalać zupą. Niektórzy pod koniec gotowania dodają do zupy suchą skórkę z razowego chleba.

Ciekawym sposobem podania jest również podanie tej zupy w chlebku, czyli wydrążonym w środku razowcu, wysmarowanym w środku białkiem z jajek i podpieczonym w piekarniku. Myślę, że to danie może być dla niektórych ciekawą, alternatywą dla tradycyjnego żurku, czy barszczu i pewna odskocznią od corocznej tradycji serwowania tych dań na Święta Wielkanocy.

 

WNIOSEK: TRADYCJA JEST JAK MODA. ZAWSZE JEST, ALE CIĄGLE SIĘ ZMIENIA I CZĘSTO WRACA.

 
czwartek, 29 marca 2007
  

GUARANTEE THE HETEREOSEXUALITY OF YUOR CHILD

COŚ DLA POSŁA WIERZEJSKIEGO

Polarny nie będzie się tu wypowiadał jako ekspert od prokreacji, ponieważ są lepsi od niego, chociażby Marek Jurek, Posioł Wierzejski lub Romuś Giertych. Poza tym Polarny z samego założenia, jako postać mityczna jest sztukmistrzem i to o wąskiej specjalizacji, ponieważ potrafi robić tylko dziurki w dziurce i stąd powstały CD (dla niewtajemniczonych Córa Duża) i CM-ka (analogicznie Córa Mała).

Jednak Polarny podsłuchał dziś rozmowę dwóch młodych stażystek (Dźwiedzie mają doskonały słuch, szczególnie wyczulony na głupoty), które dzieliły się swoją wiedzą jak zrobić sobie syna. Jedna z nich stwierdziła, że rzekomo doskonałym sposobem na poczęcie syna (poczęcie to teraz modny temat nawet w sejmie) jest stosunek wielokrotnie przerywany - rozpoczęty, gdy kobieta leży po lewej stronie mężczyzny. Jednak to nie wystarczy. Po kilku przerwaniach musi nastąpić finał i kobieta koniecznie musi przeżyć w tym czasie orgazm. Jeżeli nie będzie orgazmu, to będzie dziewczynka. Stąd też częściej rodzą się dziewczynki, bo faceci tak rzadko doprowadzają kobiety do orgazmu. Polarny słysząc to zaczął bardzo współczuć KM-ce, że jego dzieci poczęły się tak byle jak - bez orgazmu.  

Druga z pań stwierdziła, że gdzieś wyczytała, że według zasad Feng Shui dobrym sposobem na poczęcie chłopca jest przywiązanie mężczyźnie do prawego jądra czerwonej kokardki. Polarny stwierdził natychmiast w myślach, że chyba by umarł ze śmiechu  podczas wiązania, a jeżeli by przeżył to na pewno by umarł podczas stosunku myśląc o czerwonej wstążeczce.

 

Ale to nie wszystko moi mili. Rzekomo by został wyprodukowany chłopiec to facet musi zaciągnąć kobitkę do łóżka, a ta wcześniej powinna obżerać się pomidorami. Wskazanym jest, aby przyszła mama synka żarła na kilogramy spaghetti, i to z jak najdłuższym makaronem, bo od długości makaronu zależy czy urośnie siusiak i jak długi. Polarny idąc tym tokiem rozumowania stwierdził, że KM-ka to się musiała obżerać francuskimi gniazdkami albo pączkami z dziurką. Jedyna satysfakcją może być to, że mama Polarnego musiała lubić spaghetti i to całkiem długie.

   

Polarny słysząc takie rewelacje poszperał trochę i znalazł jeszcze inne sposoby na produkcję chłopca. Doskonałym sposobem rzekomo jest trzymanie siekiery na sztorc czyli ostrzem do góry pod łóżkiem. Istniej modyfikacja tego sposobu i włożenie siekiery pod poduszkę. Dobrze, że chociaż trzonka od tej siekiery nie trzeba było nigdzie wsadzać. Polarny tylko dodatkowo się zastanawiał czy tę siekierę, to się trzyma po to, aby od czasu do czasu zagrzać do boju pacjentkę lub pacjenta, czy też w innym celu, bo tego jakoś się nie doszukał. Dobrym sposobem jest też bzykanie od tyłu przed lustrem, a najlepiej w skarpetkach i czapce na głowie. Ciepło w głowę i w stopy ma dać pałera plemnikom chłopcowym. Zastanawiające jest tylko po co te lustro? Ma ktoś jakiś pomysł? Polarny tak sobie pomyślał, że gdyby wlazł w papaszce i skarpetkach jakiejkolwiek Dźwiedzicy do łózka, to nie dość, że z tego nie byłoby ani chłopca, ani dziewczynki, to jeszcze nie było by bzykanka, a jedyne co mogło by zostać poczęte to fifa pod okiem.

Biorąc pod uwagę powyższe nowości Polarny stwierdził, że nie będzie próbował zwiększać zasobów rodzinnych o nowe pokolenie. Zresztą dwa Dźwiedziaki Polarnemu w zupełności wystarczą, bo ich dwoje starczy za pięcioro. Jednak tym, którzy planują rozwój rodziny proponuje wypróbować te ciekawe sposoby, a nóż widelec się sprawdzą? A może ktoś ma już jakieś wypróbowane sposoby i się podzieli?

Aha.. jeszcze jedno. Mam 100% sposób na poczęcie chłopców. Jest to pralka pewnej mojej znajomej. Ma trzech synów i wszyscy byli robieni na pralce. No to miłej produkcji.

 

WNIOSEK:  SZTUKĄ JEST ZROBIĆ DZIURKĘ W DZIURCE.

 
środa, 28 marca 2007

 

 MONTE DRINK FRIMY ZOTT NAJLEPSZA NIEWYKRYWALNA TRUCIZNA

Jeżuuu malusieńki!!! W liściach sobie śpisz i nie grzmisz?!!! Jak można produkować takie świństwo i jeszcze namawiać do jego picia dzieci???!!!! Polarny nie jest wybrednym Dźwiedziem i na wyroby czekoladowe to jest nawet łasuchem. Kultowym jest jego uwielbienie dla wedlowskiego Ptasiego Mleczka. Wczoraj misiaki Polarnego podzieliły się z Polarnym swoim deserem. Było to co najmniej podejrzane. Polarny zastanawiał się, gdzie tkwi zagwozdka tak wielkiej dobroduszności jego potomstwa. Wszak młodzież domowa, jak również KM-ka nie odmówią żadnej słodkości. Desery domowe, a także wszelkie kupne wsiąkają u nas jak woda na pustyni, więc okazana mi szczodrobliwość była co najmniej podejrzana. Była jeszcze druga możliwość: Dźwiedziaki miały do mnie jakiś interes. Nie omieszkałem zapytać czego żądają w zamian. Odpowiedziały z niewinnymi minkami, że kompletnie nic. To wzmogło mój niepokój. One nigdy nie miewają niewinnych minek. Deserem o którym mówię był Monte Drink firmy ZOTT. Wziąłem łyka. Poczułem jakbym wlewał w siebie zimny asfalt lub lepik na zimno – konsystencja i kolor podobne. Wyplułem to świństwo czym prędzej. Żołądek zaczął się szamotać, a ptaszysko w nim siedzące z uporem domagało się wypuszczenia na wolność. Wygrałem walkę z pawiem. W ustach pozostał smak talku i niepranych skarpet. Niech nikt nie pyta skąd znam smak niepranych skarpet. Przestrzegam wszystkich nie pijcie tego świństwa, no chyba, że chcecie poznać smak niepranych skarpet!!! Potrujecie siebie i dzieciaki!! W Zott za to świństwo ktoś powinien beknąć i to nie bekiem z napasionego brzucha. Powinni zakazać reklamy tej mikstury. Jestem ciekaw ile jeszcze takich wynalazków trafia się na naszym rynku i jest powszechnie reklamowanych?

WNIOSEK: KUPA W ZŁOTKU TEŻ BĘDZIE WYGLĄDAŁA JAK CZEKOLADKA.

poniedziałek, 26 marca 2007

  

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,4004689.html 

KOMENTARZ DO ARTYKUŁU.

 
POLICJA HANDEL PSAMI

Nie, nie będę dziś nic pisał o hyclu, ale o Psach to i owszem. Wszyscy doskonale wiedzą, że Pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. Mamy w naszym życiu na to wiele przykładów i mimo pojawiających się co jakiś czas newsów, że jakiś burek kogoś pogryzł lub nawet zagryzł, to jednak dalej będę twierdził, że Pies to przyjaciel człowieka. Ten pies również. Od tego są żeby nas chronić i bronić, aby zapewniać bezpieczeństwo. Niestety jest ich coraz mniej. Dlaczego? To proste: wymagania są (w świetle powyższego artykułu raczej były) duże, a pieniądze małe. Związek przyczynowo – skutkowy jest równie prosty. Za małe pieniądze dobrzy nie chcieli przychodzić do pracy i narażać swojego życia. Za marne 1300 PLN netto, kto pójdzie do pracy z której może nie wrócić? W moim mieście ekspedientka w Galerii więcej zarabia niż początkujący Policjant. Skutek jest taki, że do Policji próbują dostać się coraz słabsi, dla których nie ma realnych perspektyw zdobycia zawodu gdzie indziej. Wynik jest taki, że zdawalność egzaminów do Policji jest coraz mniejsza. I nie jest to wina zbyt dużych wymagań, czy też zbyt trudnych testów, ale tego, że coraz słabsi próbują dostać się tam, gdzie powinni pracować najlepsi. Jakie rozwiązanie znaleziono na tę bolączkę? Bardzo prostą: skoro nie stać nas na jakość pójdźmy w ilość. Niestety obniżenie standardów egzaminacyjnych to jednocześnie obniżenie jakości naszego bezpieczeństwa. Co z tego, że będzie więcej policjantów i obsadzone zostaną wakaty, skoro Ci, którzy przyjdą zdadzą tylko dlatego, że obniżono im poprzeczkę. Mierzi mnie takie podejście. Mając styczność w swej pracy również z pionem MSWiA zauważam, że jakość narybku stale się obniża. Zaniża się poziom zarówno intelektualny jak i fizyczny. Po prostu ludzie młodzi są coraz słabsi psychicznie, fizycznie i intelektualnie. Nie, nie wszyscy, ale Ci, którzy próbują dostać się do Policji. Teraz następuję zwykły handel psami. Nie stać państwa na „zakup” rasowego „szczeniaka”, który jako „Dorosły Pies” będzie stanowił odpowiednią wartość, to będzie kupowało za marne 1300 PLN netto „nierasowe”, którym być może uda się przejść obniżone policyjne normy „kynologiczne”.  Wiadomo powszechnie, że dobry pies dobrze kosztuje, ale widać porównania do psów stosowane są tylko jednostronnie i jednokierunkowo, a może warto by było pokusić się o myślenie wielopłaszczyznowe i bardziej dalekosiężne?  

WNIOSEK: GDY ILOŚĆ NIE IDZIE W PARZE Z JAKOŚCIĄ PRODUKUJE SIĘ BUBLE.

 
niedziela, 25 marca 2007
 

i'm fuckin' it pieprzenie 

Któż z nas nie pieprzy? Chyba nie ma takich, a Ci co myślą, że nie pieprzą też pieprzą. Pieprzenie jest wpisane w naturę ludzką, tak jak oddychanie. Ja na ten przykład teraz siedzę i pieprzę. Mylnym jest podejście, że do pieprzenia trzeba zaraz stać, albo leżeć. Życie pokazuje, ze pieprzyć można w każdej pozycji, o każdej porze dnia i nocy. Co ciekawsze pieprzenie prawie zawsze sprawia przyjemność, albo w trakcie albo po. Jedynym wyjątkiem jest to jak ktoś nas pieprznie, a precyzując to nam przypieprzy. Jeżeli ktoś ma wątpliwości czy pieprzy, to jestem wstanie udowodnić, że każdy pieprzy i to wielokrotnie. Na ten przykład każdy właściciel bloga zasiadając przed klawiaturą zastanawia się jak tu popieprzyć. Z sensem czy bez to już sprawa drugoplanowa. Jak każde pieprzenie jednym wychodzi lepiej innym gorzej. Na przykład naszym politykom pieprzenie bez sensu wychodzi doskonale. Nam na blogach wychodzi z różnym skutkiem, bo czasami pieprzymy bez sensu jak ja dziś, albo pieprzymy z sensem jak … hm… no dobra nie pamiętam kiedy tu pieprzyłem z sensem. Poza tym, na przykład kucharze świetnie pieprzą i dzięki temu mamy zmysłową przyjemność po pieprzeniu, w odróżnieniu od zwykłego pospolitego pieprzenia, kiedy to przyjemność mamy w trakcie. Stare porzekadło mówi, że co się popieprzy to się polepszy, więc już tu z założenia tej myśli ludowej, możemy wyciągnąć jednoznaczny wniosek, że pieprzenie musi wcześniej czy później sprawić przyjemność. Poszedłbym nawet w swej przenikliwości dalej, twierdząc, że pieprzenie jest przyszłością narodu, bo od pieprzenia naród ma szansę się nawet powiększyć, szczególnie przy założeniach polityki prorodzinnej LPR. Wielu z nas nie docenia pieprzenia jako siły napędowej historii i wynalazków. Kaligula pieprzył bez sensu, a przy okazji co popadnie, i co? I  miał olbrzymi wpływ na historię. Nie jeden z naukowców rzucając hasło: - Pieprzę to!! – chwilę później dokonywał epokowego odkrycia. Nawet to, że dziś mamy możliwość zasiadania przed ekranami swoich monitorów zawdzięczamy pieprznięciu… pioruna. Tak więc doceniajcie pieprzenie pod każda postacią. W związku z tym, że nie mogłem popieprzyć tam gdzie chciałem, to popieprzyłem sobie teraz tam gdzie mogłem. Jestem odprężony i uśmiechnięty, a wszystkim, którzy to czytają życzę miłego pieprzenia gdziekolwiek.

 
 

WNIOSEK: PIEPRZYĆ KAŻDY MOŻE, JEDEN LEPIEJ, A DRUGI MOŻE TROCHĘ GORZEJ.

 
sobota, 24 marca 2007
 

Ateista (przest. ateusz), nie wierzący w istnienie Boga a. bogów, zwolennik ateizmu, poglądu odrzucającego wiarę w Boga i przeczącego istnieniu wszelkich sił nadprzyrodzonych; por. teizm. Etym. - gr. átheos 'bez boga; bezbożny. (Słownik Wyrazów Obcych Kopalińskiego).

 

 Jesus Beer Jezus Boskie Piwo
Piwo to ma czasami dziwny wpływ na człowieka. Dziwne piwo, dziwne zachowania, dziwne rozmowy. Polarny jest w takich sytuacjach równie dziwny, jak piwo. Będąc na piwie walnąłem sobie dyskurs z pewnym znajomym na temat wiary. Zaczęło się od rodzaju piw a skończyło się na tym, kto jest wierzący, a kto nie. Niektórzy twierdzą, że największy dar kierowania rozmowy na aspekty religijne mają Świadkowie Jehowy i Moherowe Berety. Jednak widać mój kolego jest od nich znacznie lepszy, może dlatego, że inteligentniejszy. Z głupkami nie lubię piwa pić, zresztą piwa w ogóle raczej nie lubię. Ów inteligentny  On twierdził, że jestem niewierzący, a ja, że ateista.

– Jaka to różnica? – zapytał.

Dla mnie znacząca, dla niego żadna.

– Ale zrozum. Ja jestem wierzący, tylko wierzę w trochę inne dogmaty niż Ty. – odpowiedziałem mu, gdy nasza dyskusja zaczęła brnąć w ślepą uliczkę.

– Nie wierzysz w boga to znaczy, że jesteś niewierzący – zripostował mój adwersarz.

– Nie kolego. Jestem „niewierzący w boga”, a nie niewierzący w ogóle. A to znaczna różnica.

Zauważyłem, że dzisiaj jakoś tak się dziwnie składa, że w Rzeczycorazmniejpospolitej, nawet w środowiskach z założenia świeckich, bardziej wybaczalne jest głośne pierdnięcie przy stole podczas jedzenia, niż wyznanie w czasie dyskusji, że jest się ateistą. Dziś taka wypowiedź to czasami skazanie na margines życia towarzyskiego, ale wierzcie mi, że warto. Warto chociażby po to, aby zobaczyć błysk w oku tych, którzy rzekomo nadstawiają drugi policzek, a tak naprawdę to dla krzewienia wiary chętnie wybraliby się na wyprawę krzyżową, by wyciąć trochę niewiernych - współczesnych saracenów lub ewentualnie rozpaliliby niemnożka stosów, by puścić z dymem kilku heretyków i ich antychrystyczne poglądy. . 

Czy jestem niewierzący? Według założeń mojego kolegi z pewnością tak. Według otwartego umysłu Polarnego z pewnością nie. Wierzę w siłę pieniędzy, które może szczęścia nie dają, ale znacznie je przybliżają lub pomagają je utrzymać. Pieniądze rządzą światem tak było, jest i będzie.  Wierzę w siłę ludzkiego umysłu, który ciągle się rozwija i ciągle tworzy coś nowego.  Wierzę w ludzkie serca, chociaż nie wierzę w ludzi. Wierzę w siebie i swoje możliwości. Wierzę w naukę i jej rozwój. Wierzę w życie, gdzieś na innych planetach, czyli w to, że nie jesteśmy jedynymi we wszechświecie. Wierzę w cuda, które są efektem niezbadanych jeszcze sił przyrody lub jej wybryków. Wierzę w garbate aniołki, które mogą ewoluować, jako wynik mutacji genetycznych. To jest moja wiara. Czy to, że nie wierzę w inteligentną istotę, która rzekomo stworzyła świat i ludzi, powinno stawiać mnie w gorszej sytuacji? Nie, a jednak stawia.

.

Według kolegi okazało się, że wierzę złą wiarą, wiarą w Złotego Cielca – synonim Szatana.

– Dżisus – pomyślałem – jeżeli wydawałoby się światli ludzi w XXI wieku myślą tymi kategoriami, to z naszym krajem naprawdę jest nie dobrze. Głośno zaś zapytałem go jeszcze, co by powiedział, gdybym oznajmił mu, że nie dość, że jestem ateistą to jeszcze homoseksualistą. Odpowiedział mi:

- Wiesz Polarny, wtedy, bym się nie dziwił. Pedały to samo zło i dzieło szatana, więc, by mnie to nie dziwiło. Skoro jednak nie jesteś pedałem to dziwi mnie, że nie potrafisz uwierzyć w Boga.

– Widzisz, bo ja jestem Niewierny Tomasz, nie wierzę tylko na słowo. Ja wsadzam palec i sprawdzam. Tam gdzie do tej pory go wsadzałem nie potwierdzono istnienia osoby, która ma nade mną władzę i która rozumnie kieruje tym światem. Moja logika odrzuca wszelki siły nadprzyrodzone i ich wpływ na moją codzienność. Martwi mnie jednak fakt, że wydawałoby się mądrzy ludzie nie potrafią pozwolić innym mieć własnych poglądów, a stają się współczesnymi krzyżowcami walczącymi o wiarę, której założeń i idei nie dość, że często nie rozumieją, to jeszcze nie spełniają.

Na koniec wypiłem bursztynowe piwo, pokłoniłem się Złotemu Cielcowi w postaci mojej karty kredytowej i udałem się na zasłużony odpoczynek pozostając niestety dalej nie nawróconym.

 

 

WNIOSEK: WIARA TO NIE CUDA WYTRZAŚNIĘTE Z KAPELUSZA I NIE SŁOWA, ALE TO CZYM CZŁOWIEK ŻYJE.

 
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
THE BEST OF HUMOR
THE BEST OF SERIOUS
PIERWSI ... bo tak
RÓŻNY BLOGOWY ŚWIAT
NOWO I STARO ODKRYCI
BLOG ROKU 2007
BLOG ROKU 2008
MÓJ FOTOBLOG
SKARGI I WNIOSKI DO
DODATKI


ZAPRASZAM