wtorek, 28 grudnia 2010

MIĘDZYNARODOWY Dzień Pocałunku

 

Pamiętacie zapewne dowcip o wróbelku, w formie pytania: „Czym się różni wróbelek?” i odpowiedź: „Bo ma jedną nóżkę bardziej”. Przypominając sobie ten dowcip Polarny zadał sobie trochę inne pytanie: Czym się różni Międzynarodowy Dzień Pocałunku do Światowego Dnia Pocałunku? Wydawałoby się, że tylko Polacy, to taki niezdecydowany naród i sami nie wiedzą czego chcą i kiedy, a tu okazuje się, że nie. Inni też tak mają. Ten ważki problem nie dawał dziś spokoju Polarnemu odkąd jadąc do pracy usłyszał w radio o Międzynarodowym Dniu Pocałunku. W czym tkwi ta różnica? I do tego jeszcze trzy różne daty obchodzenia Dnia Pocałunku: 6 czerwca, 6 lipca i 28 grudnia.


Tak Polar dumał i wydumał, że to jak nic musi być, jak z temi ibeefami w boksie. Po prostu mamy trzy federacje i każda wyznacza inny termin świętowania. Mamy więc odpowiednio WKC (World Kisses Council), WKA (World Kisses Association) oraz IKF International Kisses Federation. I teraz wszystko staje się jasne, że wróbelek ma jedną nóżkę bardziej. WKC I WKA jako w sumie bratnie, czy jak kto woli siostrzane organizacje kłócą się o palmę pierwszeństwa, więc WKA wymyśliło sobie, że Światowy, jak przystało na Światową organizację, Dzień Pocałunku będzie organizować 6 czerwca. Oczywiście WKC, jako równie Światowa organizacja stwierdziła, że nie odpuści i też będzie obchodzić swój dzień szóstego, tyle, że … 6 lipca. IKF odcinając się od swar i narzekań postanowiło, że ich dzień, tym razem Międzynarodowy, jak na Międzynarodową organizację przystało będzie obchodzony 28 grudnia. Ot i cała tajemnica wróbelka.


A Polar z okazji dzisiejszego Międzynarodowego Dnia Pocałunku proponuje, aby wszyscy wrogowie Polarnego i Ci nieżyczliwi również, pocałowali go po prostu w dupę. Arrivederci Roma, jak mawia Ferdek Kiepski.

 


WNIOSEK: POCAŁUNKI ŁĄCZĄ, ALE NIEKTÓRZY ZAPOMINAJĄ, ŻE RÓWNIEŻ DZIELĄ.

piątek, 24 grudnia 2010

W Święta Bożego Narodzenia (i nie tylko) ludzie składają sobie życzenia. Tradycyjne ble ble ble, lub czasami jakieś wyszukane to i owo. Niektórzy mają życzenia przemyślane, inni jadą sztampą wykonując kopiuj wklej z jednej szarej komórki do drugiej. Każdy, no, prawie każdy, czegoś tam życzy sobie czy innym. Gdyby tak przyjrzeć się tym życzeniom, są do siebie bardzo podobne. No bo czego można życzyć? Wesołych Świąt? No można, chociaż to czasami cholernie nie na miejscu, gdy akurat przed świętami zmarł komuś ktoś bliski, albo ktoś ma olbrzymi problem osobisty. I co z tego, że życzymy szczerze, skoro i tak wiemy, że możliwość tych Wesołych Świąt jest bliska zeru.


Możemy życzyć zdrowia, bo tego nigdy za wiele, ale to takie nudne, bo co z tego, że życzymy, jak i tak wiemy, że gość kipnie na raka (to taki skrajny przykład). Możemy życzyć pieniędzy. Niby pieniądze szczęścia nie dają, ale dzięki nim w sumie łatwiej je osiągnąć, a często również zadbać o swoje zdrowie lub zdrowie najbliższych, a także można spędzić bardziej wesołe święta. Można też życzyć bardziej osobiście wstrzeliwując się w potrzeby i upodobania osoby, której życzenia są składane. Wówczas będą one niesztampowe, indywidualne, wyszukane. Będą nadawały życzeniom charakteru.


Jednak gdy tak popatrzymy na te wszystkie życzenia, to czego tak naprawdę życzymy innym? Życzymy jednego: SZCZĘŚCIA. Słowami w życzeniach nadajemy mu odpowiedniego kształtu. Rysujemy je dobierając ten kształt do osoby. Czasami mażemy ogólną plamę, innym razem wchodzimy w zarys szczegółów, a innym razem malujemy głęboki obraz pełen barw i odcieni. Jednak za każdym razem malujemy to samo. Malujemy szczęście.  Za każdym razem malujemy szczęście. Dlatego szczęście jest najważniejsze.


Można życzyć tysięcy rzeczy, ale to i tak się ograniczy do tego jednego – życzeń szczęścia. Przecież tak naprawdę, gdy będzie nam sprzyjać, to będzie i zdrowie, i pieniądze, i uśmiech, i zadowolenie,  i wiele, wiele innych rzeczy, czy sytuacji, które na to szczęście się będą składać. Bez szczęścia inne rzeczy będą tylko częścią niedopełniającą całości. Na Titanicu wielu miało pieniądze i zdrowie, zadowolenie i uśmiech, ale zabrakło im jednego – szczęścia.


Dlatego Polar w tym szczególnym dla wielu ludzi dniu życzy wszystkim Czytelnikom tego bloga SZCZĘŚCIA. Niech ono Was nie opuszcza, niech będzie z Wami każdego poranka, gdy się budzicie i każdego wieczora, gdy idziecie spać. Niech zagląda do Was z południowym słońcem i kapie kroplami jesiennego deszczu. Niech spada z płatkami śniegu i wieje w mroźnym powietrzu. Gdy szczęście będzie gościć w Waszych sercach, głowach, domach, cała reszta życzeń będzie się spełniać i to nie tylko od święta. Tego Wam życzę Drodzy Czytacze. Szczęśliwych Świąt i szczęśliwego czasu również po nich.

zima widok na łąkę


WNIOSEK: SZCZĘŚCIE JEST JAK ZDROWIE DOCENIAMY JE DOPIERO WTEDY, GDY OD NAS ODCHODZI.

środa, 22 grudnia 2010

wigilia stół wigilijnyWigilijny stół nie jest niczym nadzwyczajnym, jeżeli spojrzy się na to tak najzwyczajniej w świecie. Prawie zawsze to samo, ten sam zestaw: uszka z grzybami, pierogi z kapustą, barszcz, grzybowa, ryby. Teoretycznie zwyczajność. Co roku to samo. Jednak niby to samo, a zawsze inne. W tym roku Polar idzie na łatwiznę. Oprócz barszczu, grzybowej, uszek i pierogów, będzie u Polara prostota. Zwykły smażony karp z pieczarkami. Bez panierki, bez jajka. Smak nada mu marynowanie w cebuli przez kilka godzin. Później smażenie, a na oleju z ryby smażone w całości na rumiano pieczarki. Do zestawu dojdą faszerowane łososiem jajka w sosie kaparowym. Prościzna jak nie wiem. Do tego dorzucimy łososia z czarnym kawiorem w sosie majonezowo – chrzanowy. Na deser … wędzony węgorz i polędwica z tuńczyka z oliwkami, kaparami i ogórkiem kiszonym oraz śledzie na słodko po sułtańsku. Oprócz tego, jakaś sałatka jarzynowa dla CM-ki, bo tej z ryb to nawet sam –ogon nie podchodzi. Pewnie też jakiś makaron z makiem i takie tam pierdoły.


Polar ma jeszcze zamiar zrobić jedną rzecz, której nigdy w życiu nie robił, a którą ostatnio spróbował na przystanie rybackiej, gdy zrobił sobie wprawkę kompozycyjną focenia pod tytułem „NA BRZEGU” (wyniki wkrótce na FOTOPOLARZE). Tą „rzeczą” jest… ZUPA RYBNA.


Polar próbował w swoim życiu zupę rybną, ale ta mu nigdy nie podchodziła. Tym razem zmarznięty do szpiku kości, trzęsącymi się rękoma, i szczękając zębami zaciągnął łyżkę zupy rybnej KM-ce z talerza. I wiecie co? Rewelacja!!! Znakomity smak jarzynowego bulionu gotowanego na smażonym dorszu, z dużą ilością kaparów, oliwek i kiszonego, krojonego w kostkę ogórka. Zupa wyśmienita, pożywna i co najważniejsze … niecapiąca rybą. Dla Polara, który nie przepada za rybami było to nowe, udane doświadczenie kulinarne i nadarza się okazja, aby mieć pretekst, aby taką zupkę przygotować na święta. Jutro Polara zabiera się do roboty z nadzieją, że uda mu się odtworzyć ten niepowtarzalny smak. Zwykła rybna zupa, stanie się niezwykłym wyzwaniem kulinarnym dla Polara. Trzymajcie kciuki.


A Wy Moi Drodzy, co wystawicie na stół wigilijny? Pochwalicie się?? Może, ktoś sprzeda jakiś ciekawy przepis na coś zwykłego, co może stać się niezwykłe?

 


WNIOSEK: WYOBRAŹNIA TO POTĘGA. DZIĘKI NIEJ, Z RZECZY PROSTYCH, TWORZY SIĘ NAJPIĘKNIEJSZE I NAJBARDZIEJ SKOMPLIKOWANE KONSTRUKCJE, KULINARNE RÓWNIEŻ.

sobota, 18 grudnia 2010

Kevin Macaulay CulkinNo w sumie nie taki sam, bo znowu będzie z nim z parę milionów, a przynajmniej paręset tysięcy. Znowu w same święta zapuka w okienko blondasek, któremu tak naprawdę nikt nie wie o co chodzi, a wszyscy się śmieją, jakby wiedzieli o co chodzi.


Internauci zafundowali Nam nową świecką tradycję – Kevin sam w domu  w każde Święta. Co tam choinka, opłatek i karp, najważniejsze, że na stole, a raczej przy stole będzie Kevin. Odpalony będzie zaglądał przez okienko do talerza i liczył nam grzybki w barszczu.


Fenomen Kevina jest dla Polara niezrozumiały. Gagi głupie, fabuła nijaka, a po drugim obejrzeniu po prostu się ziewa. Polar wychowany na Barei, czy trylogii Chęcińskiego nie trawi Kevina, tak jak Suk Marki Bokser nie trawi ziemniaków. Oboje nas bierze sraczka, tylko każde po czym innym. Polacy lubią mieć pierdolca, a jednocześnie mieć wrażenie, że mają na coś wpływ. Najczęściej na wrażeniu się kończy, bo sedna i tak nikomu się nie chce dochodzić.


Kiedyś chciano zabłysnąć Kononowiczem i zabłyśnięto. Zapalił się jak magnezja, huknął, trochę światła i dymu i po imprezie. Gówno z tego wyszło, ale poczucie, że coś można zrobić z niczego w poniektórych pozostało. Nie od dziś wiadomo, że gówno zrobić najprościej, chociaż niektórzy z pewnością  z tą tezą by polemizowali przed wypiciem ziółek z „Herbapolu". Teraz błyszczymy Kevinem. Internetowa akcja, aby Polsat puścił Kevina w święta przyniosła sukces. Pytanie tylko czyj to jest sukces?


Kilkadziesiąt tysięcy internautów ma poczucie, że coś mogło zrobić. Żaden z nich nie uświadamia sobie, że tym czymś jest … gówno. Polsat niby się ugiął pod akcją i puści Kevina. I kto z inteligentnych uwierzy, że to dzięki internautom Kevin siądzie do kolacji w polskich domach pierwszego dnia świąt? Trochę szumu, głupiej zabawy typu Kononowicz - Polsat ma świetny PR i zaoszczędzona kasę, a garstka „społeczników internetowych” poczucie, że ma na coś wpływ, na coś więcej niż w rzeczywistości czyli przerzucanie kanałów.


Satysfakcja nieziemska, tylko Polarowi tak jakoś dziwnie, że Kevin zastępuje z powodzeniem różne wersje kultowej dla Polara „Opowieści Wigilijnej”. Dziwnie tak jakoś, że ambicje artystyczne internautów równają do Kevina.  Czyżbyśmy się już tak spauperyzowali, a popkultura stała się jedynie słusznym kierunkiem artystycznym? Uniwersalizm Dickensa, powinien zastąpić duperalizm Kevina? Może już niedługo Kevin będzie roznosił również prezenty, a jego sanie będzie ciągnęło dwóch debili, w tym jeden z czerwonym od przepicia nosem? A może lepiej ogłosić, że chcemy zaraz po Kevinie Szklaną Pułapkę, a nie teraz przed świętami? Polar chce Nakatomi Center!!!


WNIOSEK: PRAWDZIWĄ SZTUKĄ JEST TAK KIEROWAĆ INNYMI, ABY MYŚLELI, ŻE MAJĄ NA COŚ WPŁYW.

wtorek, 14 grudnia 2010

Do Świąt pozostało niecałe dwa tygodnie. Naród, jak co roku, ogarnął szał przedświątecznych zakupów. Ludzie stadnie wylegli na miasto, nie zważając na pogodę, atakują sklepy, galerie, hipermarkety. W pędzącej rzeczywistości, biegną w kolejne miejsce, rzucają się na kolejną półkę, zaliczają kolejną promocję, uganiając się tak naprawdę za niczym. No, ale cóż, tak lubią, taka jest moda, a może właśnie taka jest przedświąteczna potrzeba i rzeczywistość? W tym biegu, w tej gonitwie za niczym, zapominają o najważniejszym… o ludziach. Biegając za prezentami dla bliskich zapominają właśnie o … tych bliskich.


GALERIA WIZUALIZACJA CUPRUMWczoraj Polar wybrał się do jednej z Galerii, jakie „zafundowało” Polarowi jego miasto. Szał ciał i uprzęży nie ominęły tego miejsca, jak i wielu innych. KM-ka z CM-ką na ich tle wyglądały jak para turystów. Spokojnym, nieśpiesznym krokiem przemierzały korytarze galerii, a za nimi snuł się Polar. Cele były dwa: zimowe buty i rękawiczki dla CM-ki, oraz płaszcz dla KM-ki. Przy świątecznym szale, nasze wymagania wydawały się błahe i bez sensu. W międzyczasie obiad w Pizza Hut i dalsze powolne snucie się, jak wycieczkowy parostateczek po Missisipi. W tej wycieczce Polar już nie brał udziału. Zasiadł na skóropodobnej sofie, w zdawałoby się zaciszu, jakiegoś baru, bodajże Sushi i zanurzył swoje niebieskie ślepia w świeżo zakupionej książce. Dziewczyny zatopiły się w tłumie, Polar w literach. I można byłoby powiedzieć, że było sielsko i anielsko gdyby nie … Dzieci Galerii.


Któż to taki? Nie, to nie Galerianki, o których Polarny pisał swojego czasu. Dzieci Galerii to młodzież w wieku 14 – 16 lat, która swój wolny czas spędza … właśnie w Galeriach. Nie na zakupach, nie na festynach, ale tam po prostu skupia swoje życie towarzyskie. Na czym ono polega? Hm… jakby to określić? Polega na … BYCIU W GALERII. Grupka nastolatków płci obojga wybiera sobie miejsce podobne, do tego, które wybrał sobie Polar i … okupuje je. Krzyki, wrzaski, rzucanie popcornem, oblewanie się colą, bieganina, szarpanina, plucie, przytulanie, opowiadanie, kłótnie, wyzwiska, śmiech i płacz. Wachlarz zachowań dość szeroki. Oni – stylizowani na blokersów lub skateów, One – na lolitki lub przedojrzałe nastolatki, robią wszystko, aby być zauważonym przez szwendających się po galerii zakupoholików i swoich rówieśników.


Wygląda to smutno i ponuro. Gdy Polar bliżej przyjrzał się temu zakątkowi na myśl  przyszły mu szare zaułki Bronxu, slumsy Rio czy Delhi, albo smutne kwartały polskich „złych” dzielnic. Pełne opuszczonych, zapomnianych dzieci. Te dzieciaki, mimo, iż niby radosne, miały w sobie jakiś smutek. Pasowały do tego miejsca. Wydekoltowane siksy rozkrzyczane bez powodu, dobrze komponowały się ze śliniącymi się do nich z kupą w spodniach skatemenami. Scenka rodzajowa polskich slumsów, polskich galerii. Te dzieciaki chciały być dorosłe, pokazać swoją niezależność, a Polar widział w nich tylko bezsilność i opuszczenie przez najbliższych. Tych najbliższych, którzy może w innej galerii uganiali się właśnie za prezentami, albo pracowali do późna, aby na te prezenty zarobić. A może siedzieli z puszką piwa oglądając bezmyślnie jakiś serial? Tego się Polar nie dowie, ale smutno było patrzeć na to, co się wokół działo.


Te dzieciaki jednak były dzieciakami. Stylizowanymi na dorosłych, ale jednak dzieciakami. W pewnym momencie, grupka Dzieci Galerii usiadła za Polarnym i zaczęła się bawić. Ot tak po prostu, bawić się w grę słowną, tak jak bawią się dzieci w przedszkolu, czy w młodszych klasach podstawówki. Był to rodzaj Master Minda – zabawa w bezbłędne zapamiętywanie ciągów wyrazów. Jedna z dziewcząt rozpoczęła zabawę słowami: - Gdybym miała pieniądze chciałabym kupić na prezent … czajnik.


Te słowa, jakże proste wydawały się Polarowi takie smutne. Dziewczyna nie chciał swetrów, butów, dżinsów, PS3, kamery czy innych gadżetów. Ona chciała czajnik. Jeden z chłopaków zapytał:

- Po ch…j Ci czajnik?

- Stary się spalił – padła bez zastanowienia natychmiastowa odpowiedź.


Reszta dzieciaków podjęła grę i zaczęły wymieniać, co chciałyby kupić na prezent. Znalazły się tam i ciepłe rękawiczki i ciepłe buty, szalik, pomadka do ust, nowe spodnie. Był różany płyn do kąpieli i ciepłe skarpety, był miś dla siostry i samochód strażacki dla brata. Codzienne drobne potrzeby zaczęły przybierać namacalny kształt wypowiedzianych głośno marzeń – marzeń o rzeczach zwykłych. Smutna to była zabawa, gdy kolejne osoby dokładały swoje marzenia, powtarzając za każdym razem marzenia innych. Do tego jeszcze „dorosłe” wstawki typu: kupiłabym sobie wibrator, kutasa, tabletki antykoncepcyjne, kupiłbym sobie prezerwatywy - zamiast dodawać zabawie młodzieżowej pikanterii, wlewały w Polara jeszcze większy smutek. To było naprawdę smutne doświadczenie.


A na koniec, gdy CM-ka przyszła po Polara i na odchodnym oznajmiła po cichu:

- Tatuś, ja dużą część z tych dzieciaków znam osobiście, a większość z widzenia - Polarny pomyślał sobie, jak wielu z Nas nie zauważa życia swoich dzieci. Jak w piosence zespołu Łzy, żyjemy mając oczy szeroko zamknięte. To smutne, że wydawałoby się dzieciaki dobrze ubrane, z dobrych rodzin, muszą ciepła, towarzystwa i radości szukać w zakamarkach miejskich galerii.

 


WNIOSEK: WYDAJE NAM SIĘ, ŻE O NAJBLIŻSZYCH WIEMY WSZYSTKO, A TAK NAPRAWDĘ CZĘSTO NIE WIEMY KOMPLETNIE NIC.

czwartek, 09 grudnia 2010

SEZON NA MISIASiedząc przed TV i ferdynadyzując się zapamiętale, Polarny nie miał zbyt wielu światłych myśli. W sumie żadnych nie miał, bo człowiek ferdynadyzujący się, po to się ferdynandyzuje, żeby właśnie tych myśli nie mieć. Niestety, mimo wszystko tak się nie da i zawsze coś do łba przylezie, jak nieproszony gość na schabowego z zasmażaną kapustą. No i Polarowi przylazło mimo, iż się nie dawał i powtarzał ni chu … chu cha, chu chu cha, nasza zima zła. A przylazło, że chyba każdy ma jakiś ulubiony serial, taki na dobre i na złe, wyzwalający pierwszą miłość, gubiący szpilki na Giewoncie, ot takie samo życie, tyle, że w pigułce i które bezkarnie i do woli można podglądać, oceniać, krytykować, obgadywać, dopierdalać i nikt tego nie będzie miał nikomu za złe. Ba!!! Powiem nawet więcej, taki serial może być świetnym tematem do długich i namiętnych dyskusji.


Babcia Stasia na ten przykład to lubiła (niestety już nie lubi, bo niedowidzi staruszka) ... hm... może jednak Polarny nie będzie pisał, jakie seriale lubiła Babcia Stasia, bo notka przekształciłaby się w przepisywanie programu telewizyjnego z kilku kanałów. Więc może przejdźmy może do innych.


Każda przeciętna, a nawet nieprzeciętna gospodyni domowa, a także większość gospodarzy, kur i kogutów domowych, a także inszych inszości ma ulubione  seriale, którym oddaje się z pasją łysego czeszącego sobie brodę. Wtedy nic się nie liczy. Chwila odmóżdżenia, a dla niektórych może i namóżdżenia. Są też i tacy,  którzy, jak Polar, ustawiają dechę do prasowania przed TV i jadą po całości łącząc przyjemne z pożytecznym. Takiego rozwiązania, nie powstydziłby się sam McGyver.


O dziwo (mam nadzieję, że żadna czytelniczka się nie obrazi za ten zwrot), faceci nie mniej angażują się w seriale. Co tam nie mniej, Polar śmie twierdzić, że nawet więcej!!! Tyle, że może nie komentują tego z taką czułością, ekstazą, uniesieniem, przejęciem, jak piękniejsza część ludzkości. Chociaż, kumpel powiedział, że polemizowałby, która część jest piękniejsza, gdyby zmyła makijaż, ale to może pozostawimy na inną notkę. Wracając do zaangażowania, to facet, np. Polar, a Polar rzekomo jest facetem, gdy zapadnie się np. w kości(ach), albo zacznie się ferdynandyzować, to reaguje tylko na dwa hasła: „mecz!!” lub „w kuchni śnieg pada!!”. Jednak, gdy amok minie, nie idzie zaraz do kumpli wołając: „Ty!! Widziałeś? Widziałeś, jak tego gościa wyciągali z beczki? Ciekawe czy ona się w końcu z nim bzyknie?” U kobiet przebiega to zdecydowanie inaczej. Te, zaraz lecą do psiapsiółek, albo odpalają telefunka, albo przy najbliższej nadarzającej się okazji jadą po serialu jak Kubica w Kanadzie pachnącej żywicą, pisząc przy okazji scenariusz światów równoległych i sześciu odcinków do przodu.


Seriale to fenomen ułatwiają kontakty międzyludzkie, rzekomo seks w wielkim mieście też. Rzucamy jedno hasło i już rozmowa leci jak samograj. Ileż ma się wspólnych tematów, gdy okaże się, że rozmówca ogląda ten sam serial. O bohaterach i bohaterkach, kto z kim śpi, kto komu wejdzie do łóżka, a kto komu wyjdzie w następnym odcinku, kto z kim ma konszachty, a kto z kim ich już nie ma. Normalnie Samo Życie, a może i nawet Pierwsza Miłość, ale na pewno nie ostatnia.


Seriale spełniają w naszym życiu jedną bardzo ważną misję: Dzięki serialom możemy w końcu o kimś wiedzieć wszystko. Nasza żądza wiedzy jest w pełni zaspokojona. Jesteśmy syci, jak po dobrej golonce w jarzynach (dla tych, co nie lubią golonki, może być wersja z ruskimi pierogami, śledziami, albo schabowym w panierce). I co z tego, że postacie są fikcyjne?! Ale M*A*S*H o nich wiedzę większą niż całe CSI o ostatnim mordercy Królika Rogera! A przecież wiedza to potęga!!! I co z tego, że oparta na wyobraźni twórcy scenariusza? A ma to jakieś znaczenie? Przecież można sobie pogadać, pogdybać obgadać, poplotkować, pobabrać się w serialowym życiu  i nikomu się krzywda nie dzieje. Można się utytłac w szajsie po uszy i nikt złego słowa nie powie. W życiu też można, tyle, że w życiu kij ma dwa końce, a proca to nawet trzy i na tym drugim końcu, często jest zupełnie inny scenariusz. A w serialu? A w serialu wszystko jest takie proste i można być pewnym jednego, że któregoś dnia bohaterowie nie wyjdą z TV i nie naprostują faktów omawianych przy porannej kawie, wieczorku towarzyskim, czy inszej okazji. A zatem? KOCHAJMY SERIALE!!!

 


WNIOSEK: ŻYCIE TO NIE SERIAL I AKTORZY CZĘSTO WYCHODZĄ Z PRZYPISANYCH IM RÓL.

 
1 , 2
Zakładki:
THE BEST OF HUMOR
THE BEST OF SERIOUS
PIERWSI ... bo tak
RÓŻNY BLOGOWY ŚWIAT
NOWO I STARO ODKRYCI
BLOG ROKU 2007
BLOG ROKU 2008
MÓJ FOTOBLOG
SKARGI I WNIOSKI DO
DODATKI


ZAPRASZAM