czwartek, 31 grudnia 2009

Nie ma co ściemniać, że wszyscy balują na Sylwestra, że szykują kreacje na sylwestrowe szaleństwa. Polarny będzie na Sylwestra stosował kiszonkę czyli będzie się kisił w domu i spędzi Sylwestra przy laptoku z flaszką ulubionej żurawinówki i bigosem z dzika.


Tych wszystkich, którzy spędzają Sylwestra w podobny sposób zapraszam dziś na Sylwestra u Polarnego.


Jeżeli nie będziecie mieli co robić, będzie się Wam nudziło to zapraszam do mnie na bloga. Posiedzimy sobie, popieprzymy głupoty i pobawimy się sylwestrowo tu w wirtualnym świecie, gdzie jest Nas przecież tak dużo.


Imprezę możemy rozpocząć od 20.  Są chętni?


Uprzedzam, że po imprezie możemy wyglądać tak:

 

 

Polrany po imprezie w Nowy rok

 

UPDATE (22.36)

 

Tak wygląda stół Polara na Sylwka :)

 

NOWY ROK U POLARA

 

Ma ktoś coś do wstawienia? Może jakiś utwór na zamówienie?

Ja dedykuję ten z komentarza


 

 

Dedykacja od mar_lenaa


 

 

UPDATE (23.15)

Właśnie dostałem meila, że zżynam od Kominka, aż sprawdziłem o której dodaliśmy notki Sylwestrowe i chyba nie koniecznie zżynam. Cóż niech i tak zostanie, że ja zżynam.

Nie bawię się w Dwójka kontra Polsat.

A propos Polastu to przypomnieli mi to:

 


 

 

Ktoś ma coś jeszcze do wstawienia? :)


UPDATE (23.53)

 

No to coś dla chłopaków którzy czasami tu zaglądają :D

W końcu nam coś też się należy

 


 

 

UPDATE (O.43)


Tu podsyła nam coś JAWOJTKO do wspólnego śpiewania

A ja obrabiam po pijaku fotki z fajerwerków, zobaczymy co z tego wyjdzie :D

 

 

 

 

UPDATE (0.53)

 

Nie rubcie róbcie zdjęc po pijaku!!!

Tyle się nadaje :(

Ps. Pisać? Też nie piszcie :D

 

fajerwerki 1

 

 

 

fajerwerki 2

 

UPDATE (02.09)

 

Moje fotki to cienizna. Tu macie coś fajnego, jeszcze ciepłego, prosto ze Szwecji ot (a mówiłem nie pić jak się pisze) od TAKIEJEDNEJ

 

FAJERWERKI ZE SZWECJI BY TAKAJEDNA

 

UPDATE (4.54)

 

Czas złożyć swoje zwłoki na poczesne miejsce.

I na koniec dedykuję wszystki kołysankę. Moją ulubioną z resztą.

No i nie wolno zapomnieć o wniosku.

 

 

 

 

 

WNIOSEK: NIE WAŻNE GDZIE SIĘ BAWISZ, ALE JA SIĘ BAWISZ. NIEKTORZY ZAPOMINAJĄ O JAKOŚCI IDĄC NA ILOŚĆ.

środa, 30 grudnia 2009

Na koniec roku większość w jakiś sposób podsumowuje mijający rok. A ja nie mam czego podsumowywać, bo dla mnie rok był znośny. Ani dobry, ani zły, ot rok, jak rok… oprócz grudnia. Grudzień A.D. 2009 to Polarny będzie pamiętał jeszcze przez długie lata, oj będzie. Tak zjebanego grudnia, to jak pamięcią sięgam, czyli mniej więcej od niepamiętnych czasów … nie pamiętam.


Zaczęło się niewinnie od wymiany paska rozrządu w polarnym, wiekowym Lanosie. Niestety, ale zanim pasek został wymieniony samochód padł pod kinem. Rozrusznik odmówił współpracy. Wóz na zapych i wio pod dom. Następnego dnia rodzinnie odpalony na zapych i wio do mechanika. Samochód (mocno i górnolotnie nazwane, ale co mi tam) postawiony, a za godzinę telefon:


- Misiek. Ile masz litrów paliwa w baku?


- Dużo, a co?


-No to masz już mało.


- Dlaczego?


- Bo mi kur..wa cały kanał zalałeś!!!


- Jak???!!! Nie rozumiem??!!


- Srak. Z dziurawym bakiem przyjechałeś.


No i rozrusznik do naprawy, bendiks do wymiany, pasek i koła rozrządu do wymiany, bak do wymiany, bo nie było odważnego, który podjąłby się spawania. Jeden kiedyś był, ale po 5 miesiącach na OIOM-ie przestał podejmować się takich wyzwań. No i Misiek pojechał po kasie, aż w bankomacie zachrzęściło.


Miało być cacy, ale nie, … przecież Polarny nie może mieć super i spokojnie. Bak założony, no to Misiek jedzie sobie zatankować to co mu wyciekło. Stoi sobie. Ruła włożona w otwór, a paliwko się tankuje. 5… 10… 15… normalnie jak w programie niedzielnym dla dzieci i młodzieży - spokój, sielanka. 20. 30. … to już zaczyna być program dla dorosłych. 35 … hm… chwila zastanowienia…


- Kur..wa!! Z gumy mi ten bak założyli czy jaki ch…?!!!


Zaczęło dochodzić do 40… a tu leci facet z obsługi:


- Panie!!! Wyłącz Pan to, bo mi Pan cały CPN zatankujesz!!!!!


Facet krzyczał z taką paniką, że Polarny od razu zrobił halt banditen i się rozgląda. A facet krzyczy:


- Zajrzyj Pan pod samochód!!!


No i zajrzałem. Ja pierdolę!!!! Ocean!!! Z piętnaście litrów poszło w kanał. A spod samochodu lało się jak z cysterny. Ta… nowy bak przecież mam!!! A tu już noc prawie!! Co robić? Cóż, zapłaciłem za rachunek, dobrze, że nie kazali mi za sprzątnie płacić. Samochód odstawiłem u siebie w pracy na parking, na piasek, w najodleglejsze miejsce, gdzie nikt się nie zaplącze z papierosem. Nieprzespana noc z nasłuchiwaniem czy gdzieś nie hukło, i rano znowu do mechanika. Okazało się, że przy dokręcaniu baku zgniótł się plastikowy łącznik przy odpowietrzniku i paliwo po wypełnieniu baku lało się w kanał. Usługa gratis plus zwrot za paliwo, ale za nerwy nie było komu zwrócić. Mechanik to miał szczęście, że mu tętnic nie poprzegryzałem.

 

POLAR NIE CHCĘ NA TO PATRZEĆ


Nie mówiłem Wam wcześniej, ale Polarny zamówił sobie nowe autko z salonu. Miało przyjść 17 grudnia. Jazda z bakiem i rozrusznikiem była 14 i 15 grudnia. 16-tego dzwoni dealer:


- Panie Polarny mam dla Pana smutną wiadomość, ale Pana samochód podczas rozładunku w porcie … spadł i jest do kasacji.


- Pan chyba sobie jaja ze mnie robi!!! – wykrzyczałem w słuchawkę.


- Niestety nie. Będę próbował dla Pana załatwić inny samochód.


Miał być przed świętami. Nie był, bo na to cóś jest w Polsce taki popyt, jak na świeże pieczywo przed Wigilią. Po zamówieniu trzeba czekać dwa, trzy miesiące, bo samochody sprzedawane są, gdy jeszcze stoją na linii produkcyjnej. Miał być przed nowym rokiem, ale nie jest. No właściwie to jest do odbioru, tylko… papierów i akcyzy jeszcze nie ma i będą pewnie po nowym roku. Kiedy? Tego nie wiadomo.


W międzyczasie Polarny dowiedział się o restrukturyzacji u siebie w pracy, o zmianach w planie zajęć, o mieszaniu ludźmi, o tym, że przymusowo musi iść na urlop, a na deser okazało się, że pracownica Polarnego nie potrafi na koniec roku wyliczyć się ze sprzętu wartego bagatela … 50 tys. PLN. Sprawa w toku.


No i na koniec wczoraj sprawa z laptokiem. Idzie sobie Dźwiedź spokojnie w pracy z biblioteki, gdzie był po Romeo i Julię dla CM-ki i nagle, jak się nie wypierdoli!!!  Się mi Romka i Julki zachciało!! Trzeba se było ku…wa Bulinki wypożyczyć, to może chociaż coś w związku z zimą by było. Polarny jebnął takiego poczwórnego Axla z potrójnym Rittbergerem , że nie powstydziłby się tego nawet sam …. Filipowski, a zakończył wszystko saltem a’la Blanik i padem a’la Nastula. Cielsko Polarnego łomotnęło z takim hukiem, że asfalt zafalował, a w budynkach w około zatrzęsły się szyby w oknach.


Gdy Polarny w najlepsze trenował kompilację jazdy figurowej na lodzie, akrobatyki sportowej i judo, jego laptok bawił się w Ikara. Tylko, że mu  ku…wa skrzydełek zabrakło i przypieprzył z całą siłą grawitacji o glebę. Wzmocniona, gąbkowana torba nie pomogła. Laptok pękł, a mówiłem gnojowi:


- Pamiętaj!!! Co by się nie działo, nigdy nie pękaj. Bądź mężczyzną!!!


No, ale niestety widocznie mnie nie słuchał i wziął se i pęknął. Matryca trzasnęła i jedna piąta oka na świat rozlała się układając się w ciekawą kolorystycznie figurę geometryczną. Cipa nie facet z tego laptoka. Polarny się pozbierał do kupy, laptok nie.


Polarny co prawda kupił sobie nowego, tym razem mini laptoka, ale, że kobietą nie jest to mu to humoru nie poprawiło. Szczególnie, że uaktualnianie systemu, wgrywanie i uaktualnianie swoich programów zajęło mu dwie trzecie nocy, a i tak coś kuleje, bo program do iPlusa się z czymś krzaczy i co jakiś czas się zawiesza, jak gluta na żyrandolu.


VIN DIESEL NIANIANo i na koniec CM-ka oświadczyła, że jej gardło spuchło i w wyniku oględzin przez Polarnego i lekarza rodzinnego postawiliśmy wspólną diagnozę … angina ropna. Tak więc Dźwiedź, dodatkowo zamienił się jeszcze w Nianie Nie Całkiem Fine.


No to została jeszcze jedna noc i jeden dzień. Ciekawe co przyniosą. Nieśmieszny grudzień, nie??

 


WNIOSEK: MIEĆ PECHA I NIE TRACIĆ HUMORU TO ALBO OBJAW DEBILIZMU ALBO SKRAJNEGO OPTYMIZMU.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Ostatnio Kiepski chciał zarabiać na odciskaniu dupy w betonie, a polski rząd chce zarobić na naszych odciskach palców. Pomysł ciekawy, wręcz genialny na to, aby wyciągnąć kolejną kasę od dorosłej części polskiego społeczeństwa. Niedawno wymieniano przymusowo dowody osobiste i trzeba było za to zabulić. Czyżby znowu czekała nas kolejna wymiana?


Czym jest totalitaryzm nie trzeba nikomu tłumaczyć. A czy przypadkiem nie zaczyna nam grozić totalitaryzm cybernetyczny? Zbyt mocno powiedziane? Być może, ale takie napada mnie wrażenie, jak pchły kota, gdy czytam o kolejnych "cybernetycznych" pomysłach  polskich ministrów.


Gdy wchodziliśmy do Unii zakolczykowano nam krowy, co byśmy się chłopki roztropki inwentarza doliczyli, i żeby każdy wiedział, gdzie nasze zwariowane krowy trafią i czy nie będę wściekłe, że ... ktoś im uszy przebija. Krowy wraz z biżuterią nauszną otrzymały również paszporty i stały się pełnoprawnymi obywatelami Unii. Teraz kolej na nas.


Tak się zastanawiam, po co w nowych dowodach kodowane odcisk linii papilarnych? Czemu ma to służyć? Czyżby potrzeba dokładniejszego ewidencjonowania ludności? No, bo czemu innemu? Do czego dziś tak naprawdę posługujemy się dowodem osobistym? Do brania kredytów. Do czego jeszcze? Do załatwienia od czasu do czasu jakichś spraw urzędowych. Czasami do wyjazdu za granicę w ramach Unii. A po za tym? Po za tym do niczego.


Kodowanie linii papilarnych wiąże się z kolosalnymi wydatkami i nie tylko państwowymi, bo oprócz drogich dowodów wszędzie będzie trzeba zamontować również czytniki. A wszystko to za nasze pieniądze, bo chyba nikt się nie łudzi, że np. banki nie wrzucą sobie tego w koszta, którymi obciążą nas klientów. A inne instytucje? Również, w tym cała administracja państwowa. Teraz nie wystarczy mieć gębę ze zdjęcia, teraz trzeba będzie jeszcze przyłożyć kciuka. Gdzie? Najlepiej w d... .


A po co cybernetyczne dowody osobiste? Od razu przy urodzeniu wszczepiajmy każdemu obywatelowi chipa z gps-em i bluetooth'em, później tylko w miarę rozwoju będziemy uzupełniali dane. A wtedy państwo nie będzie miało żadnych problemów z obywatelami, z ich danymi i tym co robią. Będzie można mieć wgląd do wszystkiego. Kto kogo bzyka, gdzie jest i co robi. Nie będą potrzebne karty bankomatowe, bo dane wpisze się na chipa i będzie po sprawie. Wszyjmy go w pośladek. Przejedziemy tylko dupą po kasie lub bankomacie, a rachunek już będzie zapłacony. Urzędnicy zbierając dane będą nas poklepywac po dupie - może być fajnie. A może dodatkowo, albo zamiast do wyboru wytatuujmy sobie na czole barcod. Wtedy od razu będzie widać, kto jest obywatelem RP, a kto nie, a jak ktoś będzie miał bliznę na czole to znaczy, że albo coś kombinuje, albo opozycja.

 

TATUAŻ TATOO BARCODE BARCOD


Mamy problemy z uruchomieniem na szeroką skalę podpisu elektronicznego, ludzie masowo udostępniają swoje dane na NK, Facebook'u, Blipie i innych pierdołach, mamy problemy z ochroną danych osobowych w różnych instytucjach rządowych i pozarządowych, a tu jeszcze ktoś chce nam nasrać kalafiorem fundując nam cybernetyczny dowód osobisty. Pytam jak debil: po jaką cholerę!!! Co? Chcemy być bardziej nowocześni? A może bardziej totalitarni, wprowadzając nowy rodzaj totalitaryzmu - cyber totalitaryzm. Normalnie szlag mnie trafia, gdy słyszę o takich pomysłach, które mają szansę powodzenia.


Jestem ciekaw co stanie się z głosowaniem przez Internet o którym tak głośno mówiło się swojego czasu, co z podpisywaniem umów o pracę? Przecież każdy pracodawca powinien zweryfikować czy dany pracownik to ten, którego przedstawia dowód. No skoro teraz będzie to można zrobić za pomocą odcisku kciuka, to po cholerę patrzeć na zdjęcie? Eh.... normalnie krew mnie zalewa, gdy czytam o takich nowinkach informatycznych, które nie służą kompletnie niczemu. A może mnie ktoś oświeci czemu służą, bo widać ja za tępy jestem, aby to zrozumieć. Widać Dźwiedzie nie rozumieją postępu ... albo głupich pomysłów.

 


WNIOSEK: DOBRE POMYSŁY RÓŻNIĄ SIĘ TYM OD GŁUPICH, ŻE LUDZIE CHĘTNIEJ REALIZUJĄ TE DRUGIE.

sobota, 26 grudnia 2009

AVATAR PLAKAT POSTERWiększość dogorywa w domowych pieleszach po napadzie na świąteczne stoły, a Polarny wybrał się ze swoim dźwiedzim potomstwem na premierowy pokaz AVATARA. Jak świętować to na całego. A co!!! Zacznę od końca czyli od tego, że po raz pierwszy po seansie widziałem taką kolejkę do kibla. Normalnie jak w 82-gim po szynkę przed świętami. Można by rzec, że gdyby nie umywalki to nie byłoby się gdzie odlać.


A teraz kilka ostrzeżeń: po pierwsze nie bierzcie dużej paczki popcornu, bo Wam sól usta wyjara; po drugie nie bierzcie litrowej coli, bo będą Was szczypał oczy, uszy i będą się zwijać włosy na piętach, a nie ruszycie dupy do kibelka, aby nie stracić nic z filmu; po trzecie weźcie (Ci co potrzebują) leki na prostatę, bo reklamowe psi psi wykończy Was, albo Wasze nerwy lub też nerwy widzów siedzących za Wami. No to skoro ostrzeżenia, jak przed seansem żeby nie kraść okularów były, to czas przejść do skrzyżowania koni i kretów czyli końkretów, które a propos koni i kretów również były obsadzone w rolach.


Od czego by tu zacząć? Może od tego, że na film naprawdę warto pójść. Sam w sobie jest świetnym widowiskiem, mógłbym pokusić się wręcz o słowa, że genialnym, co w moich parchatych, dźwiedzich, malkontenckich ustach jest nie lada pochwałą. Jednak daleki jestem od tego, aby film okrzyknąć rewolucją w kinematografii.  Bo co to za rewolucja, która łączy w sobie stare wątki westernów, z pomysłem tworzenia świata rodem z Gwiezdnych Wojen, budowy postaci i ich animacji a’la Władca Pierścieni czy „300”? Same 3D i to wcale nie w genialnym wykonaniu to na rewolucję zdecydowanie za mało. Mimo, to, że wątki są znane, 3D do genialności wiele brakuje, to jednak całość złożono w świetne widowisko, które robi wrażenie na widzu, a fabuła nie jest zupełnie plastikowa, jakby się mogło zdawać, mimo iż prosta jak Prince Polo.


 


Film ogląda się z zaangażowaniem, ciekawością, momentami napięciem i nie ma ani chwili czasu na to, aby pójść się odlać. Ciekawi wszystko, a przede wszystkim przyroda Navi. Rośliny, zwierzęta, owady, gady i inne cholerstwo przykuwa momentami uwagę widza bardziej niż fabuła filmu. A fabuła? No cóż, AVATAR to western Since Fiction, gdzie rolę Dzikiego Zachodu spełnia księżyc Pandora, prerię zastępuję naviańska dżungla, uciśnionych Indian - autochtoni Navi, a kowbojów (złych kowbojów) – amerykańscy najemnicy (byli marines) wynajęci przez korporację, która poszukuje złóż naviańskiego złota czyli minerału, którego nazwy niestety nie zapamiętałem, a przecież to on był źródłem tego całego zamieszania.


Fabuła Avatara tym się różniła od tradycyjnych indiańskich westernów, że to „Indianie” Navi byli tymi dobrymi, a amerykanie byli tymi złymi - kowbojami, którzy chcieli zniszczyć Naviański nie taki dziki Zachód dla szmalu. No i tym jeszcze, że tym razem to „kowboje” dostali w dupę. Czy należy tu się doszukiwać potępienia dla historii Dzikiego Zachodu i postępowania dawnych osadników i armii amerykańskiej w stosunku do północnoamerykańskich Indian, oraz gloryfikacji życia przyrody, która stanowi niepoznaną do końca jedność? Być może, ale to bardziej podpowiada wyobraźnia Polarnego, niż ewentualne rzeczywiste przesłanie filmu. No, ale przecież cały ten film opiera się na pobudzaniu wyobraźni. Moja się pobudziła.


AVATAR FOTO 1


Cóż, zachwyty zachwytami, czas dodać jakąś łyżkę dziegciu do tej 160 minutowej beczki miodu. Gra aktorska w  AVATARZE zeszła na drugi, a nawet na trzeci plan. Na pierwszy wysunęła się animacja istot Navi oraz efekty specjalne w postaci świata Navi. Ani Sigourney Weaver, ani też Sam Worthington nie zrobili na mnie większego wrażenia, a pułkownik Miles Quaritch (Stephen Lang) był wręcz tak nudny i plastikowy jak karta do bankomatu bez limitu gotówki. Za to postać Neytiri (Zoe Saldana - piękność m.in. ze Star Treka) zrobiła na mnie wrażenie. Mimo słabej mimiki i ograniczonego wyrazu to jednak ona była dla mnie aktorską postacią pierwszoplanową. No, ale to moje subiektywne spojrzenie, jak to chłopa na fajne baby.

 

AVATAR NEYTIRI


Bylejakość aktorów nie przeszkadzała w filmie (oprócz wymienionego wcześniej pułkownika), ale przeszkadzała mi jakość kopii, bo chyba o jakość tu chodzi. Źle odwzorowane kolory, gubienie ostrości psuły momentami przyjemność oglądania. Czasami aż się chciało krzyknąć: - Ku…wa!!! Ostrość!!, bo świat Navi Camerona był tak wspaniały, że nie chciało się uronić ani chwili z jego podziwiania.

 

AVATAR FOTO 2


James Cameron użył swojej wyobraźni z dobrym skutkiem, jednak jak na film, na którego produkcję i reklamę wydano prawie pół miliarda dolarów, to słowa „z dobrym skutkiem” to trochę za mało. Biorąc pod uwagę, że fabuła była prosta i praktycznie jednoliniowa, jak w starych grach rpg, a aktorstwa nie było w ogóle, to chyba warto było się pokusić o dodanie paru smaczków w efektach specjalnych 3D. Niestety, ale chyba na to wyobraźni Cameronowi nie starczyło.

 

AVATAR PLAKAT POSTER 3 NEYTIRIGenialny świat przyrody Navi i dobre odwzorowanie autochtonów to trochę za mało dla takiego widza jak Polarny. Zabrakło mi tu paru efektów z dość prostackiego, ale efektownego Oszukać Przeznaczenie IV 3D. Za mało (… hm… prawie w ogóle) przedmiotów szybujących w kierunku widza, za mało zbliżeń owadów, kwiatów, latających zwierząt, czy też np. nasion boskiego drzewa Navi, które to mogły przecież bez problemów efektownie zbliżyć się do widza. Jak na trójwymiarowy film za ponad 250 mln dolców wydanych na samą produkcję i animację 3D, to film ten jest po prostu ZBYT PŁASKI. Szczególnie, że nie dopracowano niektórych szczegółów jak np. wspinaczka młodych Navi po górach, która odbywała się wbrew prawom fizyki, bo najpierw działały nogi, a później ręce, co w normalnych warunkach spowodowałoby nic innego jak runięcie w przepaść.

 


No, ale mimo pewnych niedociągnięć AVATAR to wspaniały film dla wszystkich. Jest tam i antywojenna bajka z proekologicznym przesłaniem, i western, i oczywiście jest SF, trochę filmu wojennego i odrobinę melodramatu. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Ci którzy przebąkiwali, że jest to fabularna realizacja gry komputerowej musieli bąkać w krzesło pod stołem po sutej Wigilii w ogóle nie widząc filmu. Film robi wrażenie. Widzowie w wieku: 14 (CM), 20 (CD) i 41(Polar), byli tak samo zadowoleni i zachwyceni AVATAREM, że chcieliby dotknąć tego świata. Wszystkim nam jednak brakowało większej ilość efektów 3D, ale żadnemu z nas to nie przeszkadzało, aby wychodząc z kina powiedzieć, że był to jeden z najlepszych filmów jakie widzieliśmy. Cóż, może rodzina Polarnych ma spaczony gust?

 

 


WNIOSEK: TO JAK BĘDZIE WYGLĄDAŁA NASZA PRZYSZŁOŚĆ JEST OGRANICZONE NASZĄ WYOBRAŹNIĄ, A TA RZEKOMO JEST NIEOGRANICZONA.

czwartek, 24 grudnia 2009

Umiłowała mnie przed świętami jakaś VIAGRA. Dostałem od niej chyba z dziesięć meili wczoraj i ... dziś, bo już po północy, a dostałem już następny. Nie znam angielskiego, to nie wiem co pisze. A może to życzenia świąteczne od niej? Wyobrażacie sobie??? Dziesięć meili dziennie?? Ona mnie musi kochać i to kiedy??? Przed samą Wigilią!!! Czuję się zaszczycony!!! Takie świąteczne życzenia, nic tylko umrzeć ze szczęścia.


A  może to jakaś św. Viagra mnie nawiedziła i chce mnie nawrócić? No… a ja kurde jej nie rozumiem. Ona ma tyle samozaparcia i poświęcenia dla mnie. Tyle do mnie pisze, a ja NIC … albo … NIC. No, bo jak ja mogę COŚ, jak ja nie panimaju po angliskij, czy jakoś tak. No i jak tu się nawrócić w Wigilię, czy też Święta Narodzenia Pierwszego Bobasa in Vitro? No jak? A mówiłem sobie kiedyś po pijaku przed lustrem: Ucz się głąbie Polarny języków, bo to Ci się w życiu przyda. No i dupa kwiecista. Nie naumiałem się i nie wiem, co ta Viagra ode mnie chce. A może Wy wiecie?


A może to jakaś tajemnicza wielbicielka z zagranicy śle mi serdeczne świąteczne życzenia? No, ale kurde co ona mi życzy? Spokojnych świąt? A może szczęśliwego włochatego jajka? A może niech Mi gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie??? No kurde no ni chu chu nie wiem. Eh te języki.


No cóż, skoro już do mnie tyle razy pisze na święta, to ja też do niej napiszę:


Kochana Viagro!!!


Dziękuję, za meila i z pewnością za bardzo dobre życzenia. Ja też Ci życzę jak najlepiej. Niech Ci święta upłyną w dostatku, niech uśmiech gości na Twojej twarzy, niech Twoi przyjaciele nie będą fikcją, a Twoje otoczenie niech nie opiera się tylko na pozorach. Niech zdrowie Ci dopisuje jak najdłużej, najlepiej zawsze, bo bez niego nigdy nie będziesz szczęśliwa. Niech Twoje marzenia się spełniają, a nie będą tylko dziecięcymi zachciankami, a życie niech sprzyja temu spełnieniu. Tego z całego serca Ci życzę.


Polarny.


No to skoro złożyłem życzenia Viagrze, to i Wam Drodzy Czytelnicy życzę tego samego, co i jej.


ŚWIĄTECZNA VIAGRA

 


WNIOSEK: NIESZCZERE ŻYCZENIA SĄ JAK SPAM. NIECHCIANE, A JEDNAK PRZYCHODZĄ.

01:40, harry122
Link Komentarze (20) »
wtorek, 22 grudnia 2009

Wczoraj byłem na Pracowej Wigilii. O dziwo, żeby nie powiedzieć o dziwko, tym razem nie stało się tradycji zadość. W tym roku Pracowa Wigilia była po prostu inna niż zwykle. W tym roku Ziaja, czy inna Pollena Uroda miały z nas słaby zysk, ponieważ spotkanie było wolne od ton wazeliny. Nie potrzebny był później również prysznic i maść na hemoroidy, bo nikt nikomu nie właził na siłę w dupę. Było jakoś inaczej. Nie wiem, czy to wina kryzysu, czy też może tego, że atmosfera w robocie jest napięta, jak skóra na baranich jajach, ale ludzie byli dla siebie inni. Życzenia w grupach, nikt nie biegał uniżenie do szefa z opłatkiem (oprócz paru tych co zawsze). W tym roku to szef ruszył dupę i poszedł do ludzi, a za nim jak stado posłusznych owieczek podreptało vice-szefostwo. Może po raz pierwszy chciał przemówić ludzkim głosem? No, ale to nie ważne, bo nie o Wigilii chciałem.


Podczas tejże Wigilii siedliśmy pewną grupą trzymającą władzę i w przerwach między wtrajaniem pierogów, siorbaniem barszczu i wciąganiem ryb pod różną postacią zaczęliśmy prowadzić dyskusję akademicką: Jaka choinka jest lepsza: sztuczna czy prawdziwa?


Wiadomo, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania, więc dyskusja była zażarta, a że żarcia nie brakowało,  no to potrwała trochu albo jeszcze dłużej, a nasza grupa podzieliła się na cztery obozy. Jak to możliwe, że przy temacie białe czy czarne mogą być cztery obozy? Ano możliwe!! Polak potrafi!! Pierwszy obóz to zwolennicy sztucznej, drugi – prawdziwej, trzeci – neutralni obserwatorzy, i czwarty obóz to tak zwana „Loża szyderców”, która dopierdalała raz jednym raz drugim, lub też podsuwała argumenty raz jednej raz drugiej stornie, aby było ciekawiej.


Polarny zakotwiczył w obozie zwolenników prawdziwej choinki, bo zadawać pytanie: Co jest lepsze choinka prawdziwa czy sztuczna?, to tak jakby pytać: Co jest lepsze prawdziwa czy sztuczna inteligencja (i nie chodzi tu bynajmniej o farbowane blondynki na czarno)? Pytanie jest proste i odpowiedź jest równie prosta: PRAWDZIWA!!! Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku.

 

 

CHOINKA Z NIEDŹWIEDZIAMI POLARNYMI

 


Mimo, że święta nie są moją ulubioną porą w kalendarzu, ani też ulubionym świętem, to jednak nie wyobrażam sobie Świąt Bożego Narodzenia bez prawdziwej choinki. Wolę, żeby już nie było żadnej, niż ma być sztuczna kupa plastiku, ze szczególnym naciskiem na słowo kupa. To znaczy nie wyobrażam sobie dziś, ponieważ w niegdysiejszych czasach socrealizmu i jedynie słusznego kierunku rozwoju naszej socjalistycznej ojczyzny w moim domu była dłuuugi czas sztuczna choinka. Wyglądała jak zielony condom na drucie rozerwany granatem, no ale cóż, wtedy była taka moda w industrializacyjne rzeczywistości. Jednak u dziadków (tych, którzy byli bliżej tradycji, a nie bliżej socjalizmu) była zawsze żywa choinka. Przepiękne wspomnienia. Te wspomnienia powodują to, że we własnym domu chcę mieć zawsze coś, co kojarzy mi się z miłymi wspomnieniami.


Obóz zwolenników choinki sztucznej, miał dwa podobozy. Podobóz pragmatyków od szczotki, zmiotki i odkurzacza oraz podobóz ekologów. Pierwsi za najważniejszy argument podawali syf jaki pozostawia igliwie i jak bardzo wbija się w dywany, chodniki i baranie skóry pod kominkiem, a drudzy stwierdzili, że to niszczenie drzew, które muszą rosnąć klika lat, niszczy się w ten sposób źródło tlenu i ekosystem, a później spalana choinka zanieczyszcza atmosferę.


Z pierwszymi w ogóle nie dyskutowałem, bo ich argument przemawiał do mnie, jak tłumaczenie, że należy być łysym, bo włosy zapychają wannę. W dyskusję wdałem się z „ekologami”. Ich argumenty obalałem szybko. Po pierwsze świąteczne choinki pochodzą ze specjalnych plantacji, które zaczym zostaną wycięte przez kilka lat przyczyniają się zarówno do produkcji tlenu na naszym globie, jak i oczyszczania atmosfery. Po za tym zwiększają obszary zielone, a w ich miejsce nasadzane są nowe drzewa, które uzupełniają wycięty drzewostan. Po drugie, jeżeli ktoś bardzo chce, to przecież może kupić tak jak ja to robię, choinkę z korzeniami i po zakończonych świętach można ją zasadzić w dowolnym miejscu przyczyniając się do zalesiania naszego kraju. No i po trzecie, produkcja sztucznych choinek bardziej zanieczyszcza środowisko, niż palenie tych prawdziwych. Oprócz zanieczyszczenia środowiska zużywa się zasoby naturalne, a wyrzucona na śmietnik sztuczna choinka, tylko dlatego, że zmieniła się moda, rozkłada się setki lat, na pewno nie przyczyniając się do polepszenia warunków ekologicznych. Dla mnie to jest proste i jasne. Tak jak to, że Ci, którzy mają sztuczne choinki, mają je z lenistwa i dlatego, że są tańsze niż te naturalne.


Dyskusja trwała długo i była ciekawa i co dla mnie milsze większość jednak opowiedziała się ostatecznie za choiną prawdziwą, którą zresztą mieliśmy za plecami i której przepiękny żywiczny zapach był dodatkowym argumentem za.

 


WNIOSEK: EKOLOGIA TO TAKIE MODNE SŁOWO, KTÓREGO WIĘKSZOŚĆ UŻYWA JAK PAPIER TOALETOWY.

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
THE BEST OF HUMOR
THE BEST OF SERIOUS
PIERWSI ... bo tak
RÓŻNY BLOGOWY ŚWIAT
NOWO I STARO ODKRYCI
BLOG ROKU 2007
BLOG ROKU 2008
MÓJ FOTOBLOG
SKARGI I WNIOSKI DO
DODATKI


ZAPRASZAM