piątek, 25 lutego 2011

SPAMPytanie w tytule nie jest pytaniem retorycznym, ale nasunęło się Polarowi podczas korespondencji z pewnym autorem spamu. Po tej korespondencji Polarowi nasunął się na pewno jeden wniosek: Co niektórzy spamerzy nie spodziewają się, że ktoś odpowie na ich spam.


"Pewna firma” zajmująca się pozycjonowaniem stron, lub zajmująca się umieszczaniem linków na często uczęszczanych stronach internetowych, czy też na własną rękę prowadząc działalność spamerską wysłała Polarowi meila z zapytaniem: Czy Polar za kasę zamieściłby ich linki?


Czemu nie, kasa przecież nie śmierdzi, więc Dźwiedź odpisał, że i owszem, czemu nie, misie lubię kasę tak samo jak foczki, ale musiałby wiedzieć co za linki i za jaką kasę ma się sprzedać, bo sam ma „ceny” zaporowe i nie chce odstraszyć klienta. Dość szybko otrzymał odpowiedź z pewną propozycją. Cena była do przyjęcia, mimo iż poniżej oczekiwań. Polar odpisał, że i owszem może się zgodzić, ale kasa płatna za rok z góry. Ważnym elementem tej korespondencji dla dalszego ciągu notki jest fakt, że Polar pisał od pierwszego meila do adresata na Ty. Ot z racji wieku, oraz tego, że nie była to jakaś super oficjalna korespondencja międzyfirmowa.


W odpowiedzi na swoją propozycję Polar otrzymał informację, że za rok z góry, to nie da rady, ale żeby podał adres swojej strony, bo oni chcą ją zobaczyć.


I w tym momencie ch...j strzelił Polarnego w czoło!!! Ja pierdolę!!! Negocjacje cenowe, umawianie się co i jak, a cymbały po pierwszym meilu nawet się nie pofatygowały, aby sprawdzić z kim i o czym rozmawiają!!! I tu właśnie pojawia się pytanie z tytułu notki: Czy spamerzy to frajerzy?


Przecież po takim pytaniu każdemu odechciałoby się korespondencji. No i Polarowi też się odechciało, więc grzecznie napisał, że dalsza korespondencja nie ma sensu, bo Polara ich warunki nie satysfakcjonują, poza tym, że to trochę przykre, że nie pofatygowali się nawet o to, żeby poznać z kim i o czym rozmawiają. Oczywiście korespondencja była kierowana imiennie, rozpoczynając się od imienia odbiorcy. Polar podał również w ostatnim meilu rzeczywistą cenę jaką bierze za reklamy na blogu, aby respondent na przyszłość wiedział, co tak naprawdę proponuje i, że jego oferta delikatnie rzecz ujmując jest … uboga.


I wiecie, co Polar otrzymał w odpowiedzi? Mniej więcej TO (meil był bez przywitania):


1. Nie przypominam sobie, żebyśmy byli na Ty.

2. Jako osoba nie prowadząca działalności gospodarczej zbyt dużo chcesz.


Żegnam


No i tak się zastanawiam kto tu jest idiotą??? Co ma cena, do prowadzenia działalności gospodarczej? I dlaczego ktoś mi zwraca uwagę, że nie jesteśmy na Ty dopiero w ostatnim meilu, gdy już wie, że mam go w dupie?


To by było na tyle. Dla Państwa ze swojej poczty meilowej mówił Polarny.

 


WNIOSEK: PIES SIĘ ODSZCZEKUJE, BO INACZEJ NIE POTRAFI. IDIOTA RÓWNIEŻ.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Nie mam żony, ale mam kota. Kot jest lepszy niż żona, bo drze ryja tylko wtedy kiedy chce żryć. Poza tym ma miększe futro, łasi się do nóg i mruczy, jak się go głaszcze. Co prawda słyszałem, że żony też mruczą, ale ... nie tak często. Kot jest lepszy niż żona, bo nie piłuje mordy jak zostawiam otwartą deskę od klopa. Raz tylko się darł. Jak się skąpał sierściuch pieprzony, gdy mu się pić zachciało. A jak dostaje z kopa nie dzwoni na policję.


Nie mam konta, za to mam duże skarpetki i mamę. Nóżki mam małe, bo cały jestem raczej mikrego wzrostu, ale skarpety mam ... ogromne. Sam zrobiłem sobie na drutach. Dziergam tak czasami w ramach relaksu. Nauczyła mnie taka jedna przed kampanią w ramach pracy nad moją nadpobudliwością psychoruchową.  Aaaa... skłamałem mam konto. Od dziś mam konto na Salonie24. Psychiatra mi powiedział, że to może dobrze wpłynąć na moją podświadomość, a przez co wróci mi świadomość.


Miałem konto na Naszej Klasie i Facebooku, ale od czasu jak ktoś notorycznie zaczął wypisywać mi komentarz  "Spieprzaj Dziadu!!!" (chyba mnie z kimś pomylili), to stwierdziłem, że nie rozumiem tej młodzieży. Nie wiem dlaczego, ale ciągle dostawałem zaproszenia od "Koła Koziołków Matołków" i innych takich. Przecież ja tam nikogo nie znam!!!


Kiedyś nie lubiłem internetu, bo widziałem w jednej bibliotece , jak młodzi piją piwo i oglądają pornosy. Dziś już wiem, że to nie była biblioteka tylko kawiarenka internetowa, i to nie były pornosy, tylko Allegro z damską bielizną. No, ale wiecie, jak człowiek nie ma żony i nie szwenda się to może popełniać błędy prawda? Już lubię internet i kocham Was wszystkich internautów.


Co by tu jeszcze napisać? Aaa... już wiem. Będę pisał prawdę i tylko prawdę, bo  Prawda ... i Sprawiedliwość ... jest Najważniejsza. Będę w swych słowach Prawy i Sprawiedliwy, chociaż chciano by  mi wmówić, że białe jest białe, a czarne jest czarne.  Poza tym obiecuję, że może nie będzie lepiej, ale może chociaż będzie śmieszniej ... i tak mi dopomóż Bóg i Wszyscy Święci.


(WSZELKIE PODOBIEŃSTWA DO ZNANYCH POSTACI SĄ TYLKO I WYŁĄCZNIE DZIECKIEM CHOREJ WYOBRAŹNI AUTORA NINIEJSZEGO WPISU)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jezusicku nazareński, czas chyba kończyć przygodę z blogosferą, przy takich blogerach.

sobota, 19 lutego 2011

(peregrynacje po obrzeżach myśli)



Kubuś Puchatek- Kubusiu czy Ty nigdy niczego się nie boisz? - zapytał Prosiaczek przycupnięty na zydelku obok fotela, w którym wygodnie siedział miś.


- Boję się Plosiacku. Boję. - odpowiedział mlaskając,  z łapką w buzi, Kubuś. Właśnie był czas podwieczorku i Puchatek z nieskrywanym szczęściem wygrzebywał resztki miodku z jednego ze swoich dzbanuszków.


- A czego się boisz Kubusiu? - Prosiaczek z zainteresowaniem spojrzał na przyjaciela. - Po Tobie nigdy nie widać żebyś się bał.


- Hm. - zamyślił się miś, wylizując resztki słodkiego miodku z łapki. - Hm. - zamyślił się drugi raz, bo za pierwszym razem zamyślił się o tym, że miodek się kończy, a nie o tym, o co pytał Prosiaczek. - Hm. - zamyślił się po raz trzeci, bo uważał, że takie zamyślenie będzie lepsze od niezamyślenia i będzie właściwe, aby podkreślić powagę z jaką Kubuś podchodzi do pytania Prosiaczka. - Wiesz Prosiaczku, - zaczął z powagą Kubuś - najbardziej boję się Hefalumpów i Wuzli.


- O jo joj!! - zatrząsł się Prosiaczek wciskając sie między zydel i podpórkę fotela. - To tak jak ja!!! - w głosie Prosiaczka było słychać prawdziwą trwogę. - One są ... takie ... straszliwie straszne!! - podsumował Prosiaczek spoglądając na gęsią skórkę, jak się robi na jego łapakach. Przez chwilę zastanawiał się czemu mu się robi gęsia, a nie świńska skórka, ale doszedł do wniosku, że to w obliczu strasznych Hefalumpów i Wuzli jest błahym problemem. - Ale Kubusiu, po Tobie wcale nie widać, żebyś się bał Hefalumpów i Wuzli - konytnuował Prosiaczek rozglądając się w około, czy z cienia obok kominka nagle nie wyskoczy jeden z wymienionych.


- Nie widać? - zastanowił się miś. - No może nie widać, bo wiesz Prosiaczku, ja się ich boję jak je widzę, a jak nie widzę to się nie boję i wtedy jak ich nie widać, to nie widać też tego, że ja się boję - wydeklamował radośnie Kubuś czując swoim całym małym rozumkiem, że wytłumaczył dokładnie przyjacielowi dlaczego nie widać, że boi się Hefalumpów i Wuzli i wrócił z uśmiechem do wygrzebywania miodku.


- A ja się boję jak ich nie widzę!!! - stwierdził ze smutkiem Prosiaczek. - A dlaczego ja się ich boję mimo, iż ich nie widzę??? Puchatku!!! Czy ja jestem głupszy? - zmartwił się.


- Nie, nie!!! - zareagował od razu Puchatek. - Nie jesteś głupszy Mój Przyjacielu. Widzisz, bo to jest tak. Kiedyś też się bałem Hefalumpów i Wuzli jak ich nie widziałem, ale podzieliłem się tym z Krzysiem. Krzyś zaczął się śmiać i powiedział mi tak: - Och Mój kochany głupiutki mały Misiu!!! Czy widziałeś kiedyś Hefalumpy i Wuzle? One nie istnieją, one są tylko w Twojej małej misiowej główce. To Ty je tworzysz. To Ty nadajesz im kształt, a później się ich boisz. Czy widziałeś kiedyś Hefalumpa lub Wuzla? No? Zastanów się!!! Zastanowiłem się wtedy i stwierdziłem, że faktycznie nigdy ich nie widziałem i tak naprawdę nawet nie wiedziałem za bardzo, jak wyglądają. Wtedy Krzyś dodał: - Kubusiu nie należy się bać czegoś czego nie ma, i nie można w swojej głowie tworzyć strachów. Naokoło jest tyle rzeczy, których można się bać, że nie warto tworzyć nowych, które tylko burzą w nas spokój, zabierają radość, kradną uśmiech. Jak się już czegoś masz bać, to bój się tego, co Cię krzywdzi, a nie tego czego na oczy nie widziałeś.


Miś zamilkł i niby zamyślił się na chwilę, a tak naprawdę chciał jeszcze spróbować wygrzebać coś z dzbanuszka, który przyciskał do zadowolonego brzuszka.


- I co? I co było dalej? - Prosiaczek podniecony przybliżył się do Misia i nawet wlazł na zydelek zapominając o czających się cieniach przy kominku.


- Nic nie było.  - odpowiedział Kubuś, zawzięcie skrobiąc dno dzbanka - Dalej się boję, ale teraz boję się inaczej. Teraz boję się tylko tego, co widzę, a tego co nie widzę, to jakoś nie bardzo, no bo po co? Przecież to i tak niczego nie zmieni czy się będę bał czy nie. Krzyś jeszcze powiedział, że odwaga to sztuka panowania nad strachem, a nie jego nieodczuwanie, bo tylko głupi nie czują strachu.

 


WNIOSEK: TO ROZSĄDEK JEST WYZNACZNIKIEM NASZYCH STRACHÓW I OBAW.

poniedziałek, 14 lutego 2011

PIEPRZYĆ WALENTYNKI

Pieprzyć Walentynki (szczególnie jak  są młode, ładne i chętne)!!! – takie hasło przyświecało co roku (przynajmniej w myślach) Polarnemu, gdy nadchodził czas Czerwonych Serc i bynajmniej nie chodzi tu o Międzynarodowy Dzień Krwiodawstwa. Ot po prostu Walentynki były czymś, co na Polarnego działało, jak płachta na byka. W końcu to czerwone święto, to miało prawo działać. Poza tym dowiedziono naukowo, że kolor czerwony jest kolorem agresywnym i potrafi wywoływać u ludzi i zwierząt agresję, więc u Polara wywoływało. Jednak nie o sam kolor chodzi, a pewną obłudę związaną z tym, jak i wieloma innymi świętami.


W tym roku Polar zmienił zdanie. Pewnie dlatego, że tylko świnia nie zmienia poglądów. Co wpłynęło na to, że Polarny zmienił zdanie? Życie. Ostatnimi czasy w życiu Polara dzieje się bardzo dużo, nawet jak na Polara – zbyt dużo. Jednocześnie Polar zaczął doceniać czym jest zwykła codzienna radość. Zaczął doceniać czym jest dobre słowo, ludzki gest, uśmiech. Poznał po raz kolejny gorycz prawdy i smak zawiści. Na tym tle walentynkowe święto zaświeciło iskierką radości. Radości nie tylko Polarnego, ale też radości innych ludzi.


Polar przemyślał sprawę. I co z tego, że sklepy zawalone czerwonymi serduszkami wyglądają jak dupa pawiana przed rują? Co z tego, że tandeta leje się strumieniami wmawiając nam, że serduszkowa słodycz to jest to, co w życiu jest nam najbardziej potrzebne? Co z tego, że wielu twierdzi, że kocha nie mając naprawdę o miłości czerwonego pojęcia? Co z tego, że to całe święto to jedynie woda na młyn sklepikarzy, tandeciarzy, cukierników i innych, którzy na ludzkiej naiwności i pędzie owczym trzepią kasę? Jakie to ma znaczenie, jeżeli komuś ten dzień ma sprawić radość??!!!


I właśnie o tą radość chodzi. Gdy na drodze walają się same kłody, gdy to co miało być dobre zamienia się w błoto, a codzienność zaczyna przypominać wielkie pole bitwy, właśnie małe radości pozwalają człowiekowi zachować zdrowy rozsądek, nie popaść w totalną depresję i chociaż na chwilę zapomnieć o tym, że życie po raz kolejny dało nam kopa w jaja (hm… i tu Polarowi zabrakło w co daje kopa życie płci piękniejszej).


Polar zrozumiał, a może bardziej uświadomił sobie, że dzięki takiemu świętu, jak Walentynki, mamy okazję odskoczyć od codzienności i cieszyć się z innymi ich radością. W końcu to nie jest święto z przymusu, jak kiedyś Pierwszy Maja, to święto dla tych, którzy chcą je obchodzić. I nieważne jaką formę przyjmują te obchody, ważne jest to, że ludzka życzliwość w tym dniu ma szanse przebić się przez obłudę, że ma szansę pojawić się tam, gdzie pojawić się chce, bez przymusu. Dzięki takiemu świętu człowiek potrafi otworzyć szerzej oczy, a także przypomnieć sobie, że ma serce, nawet wtedy, gdy to serce jest z kamienia, a prawda zaczyna być w tym dniu … prawdą, a gwiazdki potrafią spadać z nieba.


Dziś Polar przestał być malkontentem. No, ale wiecie, bez przesady, na razie tylko w stosunku do Walentynek. Może z czasem coraz więcej małych rzeczy zacznie Polara cieszyć, bo jedno co jest pewne to to, że ludzka życzliwość i serce potrafi postawić człowieka na nogi nawet w najcięższych życiowych sytuacjach. No więc świętujmy Walentynki!!! Uśmiechu, radości, życzliwości i serca nigdy za dużo w tym porąbanym, obłudnym i kłamliwym świecie!!! Niech się święcą Walentynki!!!

 


WNIOSEK: PRAWDZIWA RADOŚĆ ISTNIEJE TYLKO DZIĘKI LUDZIOM A NIE PRZEDMIOTOM.

środa, 09 lutego 2011

Polar wstał dziś o nieludzkiej dla przeciętnego zjadacza chleba porze, czyli o godz. 5.00. Powód dość prozaiczny, bo musiał być o 6 w pracy, ale tak naprawdę obudził się sam z siebie, co ostatnio jest u Polara niepożądanym zjawiskiem. Wstanie o tak wczesnej porze związane jest oczywiście z tym, aby być punktualnie w pracy i na ten temat będzie wpis. Wpis jest pewnego rodzaju odpowiedzią na komentarz Harlapa pod poprzednią notką dotyczącą oburzenia o niepunktualność.


PUNKTUALNOŚĆPunktualność. Cecha jak najbardziej pożądana u wszystkich, a także przez wiele osób ceniona jeżeli … nie dotyczy nas samych. Teorię, że niby kobiety są mniej punktualne od mężczyzn należy włożyć między bajki. Faceci tak samo dobrze potrafią się spóźniać jak i kobiety. Niestety z obserwacji Polara wynika, że punktualność ludzi jest wprost proporcjonalna do zaangażowania w sytuację, która z daną godziną jest związana. Im jesteśmy mniej zaangażowani, tym jesteśmy mniej punktualni.


Na przykład praca. Jeżeli w zakładzie pracy jest monitorowane zjawisko punktualności przyjścia do pracy (karty, listy zabierane o określonej godzinie, kamery, surowe  kary za spóźnienie) to zjawisko spóźniania jest rzeczą marginalną. Im luźniejszy stosunek pracodawcy do punktualności, tym mniejsze zaangażowanie pracownika w przybycie do pracy o określonej godzinie.


Niestety samoistna punktualność jest cechą niewielu osób. Tak przynajmniej wynika z obserwacji Polara. Punktualność jest po prostu wymuszana na Nas sytuacyjnie. Ekspedientka musi otworzyć o 10-tej sklep, bo inaczej klienci stojący pod nim dobiorą się jej do dupy lub też namolnie będą stukali w szybę znacząco pukając w nadgarstek, na którym często nie ma nawet zegarka. Gdyby nie musiała to pewnie pospałaby sobie do tej 10-tej, a sklep może otworzyłaby o 12-stej?


Kolejarz musi wystartować o określonej godzinie… a nie… w kontekście ostatnich wydarzeń na polskiej kolei to głupi przykład. No to może, wycieczka do kina? Nie… to chyba też zły przykład, bo nie raz widzę ludzi włażących do kina w trakcie seansu. No, ale większość przecież przychodzi punktualnie, to może nie taki zły. O… odprawa na lotnisku. Przychodzisz nie na czas i … lufa w krzokach jak mawiał Gustlik – nie polecisz, odprawa zakończona i choćbyś się skichał to i tak Cię już nie wpuszczą. Jeszcze raz podkreślę to sytuacja i Nasza zależność od niej wymusza na Nas punktualność.


Z drugiej strony, gdy nie czujemy tej zależności punktualność przestaje być naszą cnotą. Lekarz mający przeświadczenie bezkarności i tego, że to klient jest zależny od niego przychodzi do pracy jak mu wygodnie. Oczywiście lekarz na państwowej posadzie, bo w prywatnej klinice czy prywatnej praktyce klient jest świętością i rzadko zdarza się żeby lekarz spóźnił się bez wyraźnej przyczyny na wyznaczoną godzinę.


Fajnym przykładem podejścia do punktualności jest randka. Strona bardziej zaangażowana w związek będzie przed czasem, strona mniej zaangażowana będzie po czasie. To taki miernik … komu bardziej zależy i nie ważne czy to jest mężczyzna czy kobieta.


W domu Polara jakoś tak dziwnie się składa, że dla jego kobiet punktualność jest zjawiskiem abstrakcyjnym. Generalnie jeżeli KONIECZNIE NIE MUSZĄ, to nigdy nie są punktualne. Z czego to wynika? Właśnie z zaangażowania. Jeżeli CM-ce zależy na karcie bankomatowej jej papy, znaczy się metrykowo Polara, to Mała staje na wysokości zadania. Natomiast jeżeli ma wrócić od koleżanki o 20-stej to pojęcie czasu zaczyna nabierać cech względności.


Pytanie skąd się bierze ta względność czasu, a także tolerancja dla spóźniania się? Według Polara stąd, że sami wiedząc, że lubimy się spóźniać tolerujemy to u innych. Pojawia się jednak pytanie dlaczego tolerujemy to u siebie??? Pewnie dlatego, że tak zostaliśmy wychowani … i później ze zdziwieniem patrzymy na takiego Polara, który żołądkuje się: że lekarka spóźnia się do pracy; że jest opóźnienie pociągu; że urząd nie jest czynny o tej godzinie co powinien, czy też oto, że jego podwładny obcina sobie codziennie pięć minut z pracy.


W sumie co to jest 5 minut?? Niby nic. Nawet, aby fajkę wypalić to trzeba byłoby się spieszyć. Jednak, gdy spojrzymy na to globalnie, to w ciągu tygodnia jest to prawie pół godziny, miesięcznie są to prawie dwie godziny wolnego, a rocznie to  prawie 3 dodatkowe płatne dni wolne. A niby to tylko 5 minut dziennie. A gdy takie spóźnienia mają miejsce w wymiarze 30 minut czy godziny? Odpowiedź nasuwa się sama.


Nie lubię ludzi niepunktualnych, nie dotrzymujących terminów (bo to pochodna punktualności) i jak ktoś chce zepsuć pierwsze wrażenie niech się spóźni na spotkanie z Polarem. Amen.



WNIOSEK: PUNKTUALNOŚĆ JEST CNOTĄ. A CZY KTOŚ WIDZIAŁ KOGOŚ CNOTLIWEGO POWYŻEJ 15 ROKU ŻYCIA?

sobota, 05 lutego 2011

Ta notka nie będzie o Jarosławie Kaczyńskim, mimo iż Polara swędzi od jakiegoś czasu, aby napisać o tym człowieku specjalną notkę. Jednak powstrzymuję się z całych sił, chyba, że poczuję, że już nie zdzierżę, albo takie powstanie "zapotrzebowanie społeczne", wtedy może ... .


stetoskopDziś notka o lekarzu, a dokładniej o lekarce. W piątek Polar był z CM-ką u lekarza. Pani J. nie było i trafiło nam się zastępstwo. Jakie są zastępstwa każdy wie. Z miejsca obsuwa 20 minut, bo Pani dohtór nie mogła dotrzeć na czas. Pewnie gabinetu nie mogła znaleźć. Gdy się pojawiła nie mieliśmy wątpliwości, że to problem ze znalezieniem gabinetu. Staruszka nie mogła znaleźć nie tylko drogi, ale również kluczy do gabinetu, a także własnych nóg, bo na trasie od kibla do drzwi gabinetu potknęła się o własne nogi dwa razy. Nie wypadało, ale oboje parsknęliśmy śmiechem. Lekarka miała na oko, tak mniej więcej ... 200 lat, plus minus 100. Oboje myśleliśmy, że tylko żółwie na Galapagos tyle żyją, a tu okazuje się, że też i w Polsce są gatunki wielowiekowe. Pewnie są pod ochroną.


W gabinecie Pani Staruszka kazała się rozebrać i zaczęła wpisywać nazwisko do komputera. Teraz już wiedzieliśmy dlaczego każdy siedział po pół godziny. Gdy wpisuje się dane jednym palcem szukając liter na klawiaturze to nie da się inaczej. Później zaczęło się badanie. Pani Dohtór włożyła słuchawki do uszu i zaordynowała: - Proszę oddychać.


CM-ka zaczęła oddychać. Pani Staruszka jednak stwierdziła, że dziecko nie oddycha: - Proszę oddychać.


Mała zaciągnęła powietrza i zaczęła sapać jak mały parowóz.


- Proszę oddychać - usłyszała po raz trzeci. Staruszka nie dawała za wygraną.


Mała nie wytrzymała: - Ale przecież ja oddycham.


- Proszę oddychać bardziej - dohtórka była nieustępliwa.


Czy da się oddychać bardziej?


Oboje z małą prawie parsknęliśmy śmiechem. Później stwierdziliśmy, że jeszcze chwila, a Staruszka  postawiłaby diagnozę: - Dziecko jest chore, bo ... nie oddycha. Dohtórka zaczęła tłumaczyć CM-ce jak się oddycha: - Proszę wziąć głęboki wdech, a później wydech. Mała myślałem, że zaraz umrze od powstrzymywania się od śmiechu, więc jak miała oddychać?


Jeszcze chwila, a mała dostałaby astmy od tego oddychania. W końcu, w jaki sposób Głucha Babcia ma coś wysłuchać w płucach, jeżeli dzieciak nie oddycha jak para po niezłym orgazmie. Zresztą pewnie tego też by nie usłyszała, więc jakoś nie dziwiły Polara słowa: - W płucach nic nie słychać.


Następnie był przegląd gardła. Zastanawiałem się czy Pani Dohtór cokolwiek widziała mimo odpalonego halogenu, z którym spokojnie można by było otworzyć solarium. Jednak Staruszka stwierdziła jednoznacznie: - Angina ropna.


Zaczęło się wypisywanie recepty. Ale nie takie zwykłe długopisem. Porządna placówka jest skomputeryzowana. Jednym palcem wypisywanie recepty trwało kolejne kilka minut. Pani Dohtór w końcu z namaszczeniem wcisnęła enter, a drukarka chwilę później wypluła receptę. Oczywiście Polar zamiast recepty otrzymał karteczkę zapisaną zygzakami. Ot Staruszce pomyliło się. Polar sam sobie wziął receptę z biurka. Na recepcie była cała litania, ba!! Cała masa liter!!! Przez te kilka minut szukania na klawiaturze leciwa Pani Dohtór wystukała ich całe pięć: Zinat.


Pożegnaliśmy się uprzejmie, a później z CM-ką zastanawialiśmy się dlaczego ta Pani jeszcze pracuje w zawodzie. Nie dowidzi, ma problemy z obsługą komputera, niedosłyszy, zapomina, ledwo się porusza potykając się o własne nogi. I stwierdziliśmy, że niektórzy po prostu nie wiedzą kiedy odejść. I chyba, tak samo jest z Jarkiem Kaczyńskim. Też nie wie kiedy odejść. Ale o nim, może kiedyś będzie w innej notce.

 


WNIOSEK: NAJWIĘKSZY SZACUNEK ZDOBYWAJĄ CI, KTÓRZY ODCHODZĄ Z KLASĄ.

 
1 , 2
Zakładki:
THE BEST OF HUMOR
THE BEST OF SERIOUS
PIERWSI ... bo tak
RÓŻNY BLOGOWY ŚWIAT
NOWO I STARO ODKRYCI
BLOG ROKU 2007
BLOG ROKU 2008
MÓJ FOTOBLOG
SKARGI I WNIOSKI DO
DODATKI


ZAPRASZAM