piątek, 20 listopada 2009
No to co? No prawie tydzień minął odkąd łażę z lustrzanką na szyi, jak przeor ze swym różańcem na wierzchu (napisałbym, że jak z kutasem, ale mógłbym zostać źle zrozumiany), więc czas się podzielić pierwszymi wrażeniami. Pierwsze wrażenia to takie, że ludzie patrzyli na mnie jak na debila, kiedy do kina poszedłem z aparatem i zacząłem trzaskać fotki schodom. Na dziecko Neostrady nie wyglądałem, na córkę Nikona i Minolty również, to dziwnie jakoś im było, a obsługa Multikina mało ze skóry nie wylazła, abym mógł obcykać sobie co dusza zapragnie. W Tesco mnie opierdolili i była ścinka na temat zakazu fotografowania, ale im nie odpuściłem. W obuwniczym Panie zastanawiały się czy o zgodę na fotografowanie damskich butów nie trzeba byłoby zadzwonić do dyrekcji. Ogólne wrażenie, to … ludzie boją się obiektywu. Ale to nie o tych wrażeniach miało być. Lustrzanka jest prosta, jak Polarny. Instrukcja papierowa jest jeszcze prostsza. Jeżeli ktoś chciałby się z niej nauczyć fotografowania, albo nie daj św. Nikonie – męczenniku rzymski, poznać dokładnie działanie aparatu, to niech lepiej ją odłoży na półkę obok nieużywanej biblii i słownika poprawnej polszczyzny. Prostota tej instrukcji powala dostatecznie mocno, aby darować sobie jej czytanie. No, ale producent widać nie w ciemię bity, zadbał o pacjenta i zainstalował całkiem przystępną (o ile ktoś będzie dobrze odczytywał skróty tekstowe) instrukcję w … aparacie. Dzięki niej, można cykać całkiem fajne fotki, a przy okazji bezstresowo może się nauczyć obsługi aparatu, która jest tak naprawdę intuicyjna. Jeżeli ktokolwiek miał kiedyś kompaktową cyfrówkę Kodaka, Panasonica, Sony czy też Nikona, to nie będzie miał najmniejszych problemów z obsługą lustrzanki D 3000. Jeżeli ktoś się uprze jednak, aby korzystać z instrukcji, aby poznawać Nikona od podszewki, to zdecydowanie proponuję instrukcję dołączoną na płycie CD, która jest poszerzona o całą część dotyczącą używania MENU, gdzie kryje się kilkadziesiąt możliwości pracy na zrobionym zdjęciu. Uzyskane efekty potrafią zaskakiwać. Ot mini laboratorium foto w pigułce i nawet ze zrąbanego zdjęcia można coś wydusić i sprawić, że będzie ciekawe. Dosyć chwalenia. Za mankament uważam, że musiałem pójść osobiście do sklepu nie dla idiotów po kartę pamięci (tymczasowo włożyłem od cyfrówki) i trzeba będzie pomyśleć nad jakąś torbą. No i pokrywka obiektywu nie ma sznureczka. Taa… to są mankamenty, no bo jakie na razie może znaleźć fotograficzny prostak? Reszta wrażeń przy następnej okazji.
czwartek, 19 listopada 2009
Pewnie Ci, którzy zechcą przeczytać tę notkę, zastanawiają się czy warto pójść na ten film? Uważam, że warto!!! Ba! Po prostu go polecam!! Polecam mimo tego wszystkiego, co o nim za chwilę napiszę. Jak to mówi Ferdek Kiepski takie podejście Polarnego nawet fizjologom się pewnie nie śniło. Nie żałuję wydanych osiemnastu złotych na bilet i wiem, że nigdy, ale to przenigdy nie oglądałbym tego filmu na ekranie TV, mimo posiadania dużego panoramicznego TV i porządnego kina domowego. Ci, którzy nie chcą poznać wątków filmu, albo się nie chcą do niego zniechęcić, niech tę recenzję zakończą w tym miejscu. Resztę natomiast zapraszam dalej. Hm… jakby tu napisać, aby sprawy nie spieprzyć. Film generalnie jest beznadziejny. Tak wiem co napisałem wcześniej. Ale on jest beznadziejny w tak wielu płaszczyznach, że …. całość skleca się w całkiem fajną rozrywkę. I to się właśnie fizjologom nie śniło. Beznadziejny a fajny. Nieraz z różnych beznadziejnych części składano całkiem ciekawe, a wręcz genialne urządzenia, np. żarówka czy telefon. Tu złożono niezły kawałek rozrywki, bo tylko jako rozrywkę należy ten film traktować. I po raz pierwszy od dosyć dawna trailer nie spieprzył mi oglądania filmu.
Film do krótkich nie należy. Prawie 3 godziny (łącznie z reklamami) siedzenia w kinie nie jest czasem standardowym, jeżeli nie jest to Przeminęło z Wiatrem czy maraton filmowy. Jednak przez 2 godz. i 38 minut filmu nie nudziłem się ani chwili, i co ciekawe, gdyby temat pociągnięto dalej chętnie posiedziałbym jeszcze godzinę, oglądając dalsze przygody ocalonych. Wiem, to głupie i chore nie nudzić się na beznadziejnym filmie. No, ale czy ktoś kiedyś twierdził, że Polarny jest normalny? W czym tkwi beznadziejność tej produkcji? Zacznijmy od fabuły. Prosta jak budowa cepa, połączenie Indiany Jones’a, James’a Bonda i cholera wie czego jeszcze. Lekkostrawna papka, pogryziona, zmielona i wypluta tak, aby zrozumiał wszystko nawet najprostszy umysł. W scenariuszu można znaleźć wiele dziur i niekonsekwencji, chociażby hasło, że na całym świecie padła łączność, a później okazuje się, że przyjaciel głównego bohatera dzwoni z komórki (przed śmiercią - swoją nie komórki), z informacją, że właśnie nadciąga niespodziewane półtorakilometrowe tsunami i żegan się z bohaterem. Niekonsekwencji jest więcej, a niektóre są aż żenujące. Ucieczki samochodem i dwoma samolotami mógłby pozazdrościć nawet James Bond w XXII wieku. Prawdopodobieństwo uratowania życia przez głównego bohatera i dostania się z rodziną do współczesnej Arki Noego było równe tytułowi czyli 2012 ... trafieniom szóstki w totka, ale jednak się zdarzyło. No, ale w końcu to rozrywka, a nie jakieś ambitne dzieło, więc mnie to nawet nie raziło, a jedynie śmieszyło. Osobiście nazwałbym ten film pastiszem kina katastroficznego, bo na inne miano nie zasługuje. Jest za mało poważny i za mało ambitny na prawdziwy film katastroficzny.
Gra aktorska praktycznie nie istnieje. Gdyby nie rodzynki w postaci nawiedzonego radiowca Charliego Frost’a (Woody Harrelson) i rosyjskiego biznesmena Yurija, można by powiedzieć, że to film statystów. Dialogi, albo patetyczne, albo infantylne, miałkie i na poziomie kostek. Mimo katastrofy i śmierci miliardów ludzi, na twarzach ludzi (aktorów) nie widać kompletnie żadnych uczuć. Żona bohatera przechodzi bez większych problemów na śmiercią swego drugiego męża (konkubenta?) i z powrotem zakochuje się w bohaterze. Ludzie nie panikują, ale grzecznie czekają na śmierć wysłuchując orędzia prez ydenta USA. No i jak nie traktować filmu jako pastiszu, jeżeli: kochanka Yurija, w obliczu śmierci ratuje swoją psiunię, i jeszcze znajduje czas by Yurijowi pokazać fucka; Chińczycy płynnie mówią po angielsku nawet w Himalajach, a żyrafy i nosorożce fruwają na mrozie na wyskości 6000m podwieszone na helikopterach zamiast w lukach trasnportowców. Mimo to, film ogląda się o dziwo naprawdę dobrze, z uśmiechem i bez zacięć. I oto następny paradoks – ginie Świat, ludzie umierają, co chwila śmierć, a człowiek ogląda film z uśmiechem na twarzy. Nieprawdopodobieństwo goni nieprawdopodobieństwo, a gdy coś jest w tym filmie nieprawdopodobne to … na pewno się w nim zdarzy.
Jak to możliwe, że taka beznadzieja może się podobać? Ano może, i dlatego warto pójść, aby zobaczyć jak to się dzieje. A dzieję się tak dzięki efektom specjalnym. Cały film to festiwal efektów specjalnych i to efektów na najwyższym poziomie. Gdyby nie niemożliwość nagrania niektórych ujęć, to człowiek nie odróżniłby scen tworzonych na komputerze, od tych plenerowych. I na ten festiwal właśnie warto iść. To wizualne widowisko, które w sumie dobrze oglądałoby się nawet bez dialogów. Cóż jestem wzrokowcem i stąd moja opinia.
Do kina poszedłem z nastawieniem, aby się dobrze bawić i … dobrze się bawiłem. Nie szedłem na kino „Drogi”, Noir czy dramat psychologiczny. Nie szedłem po to, aby skupiać się nad głębią tekstów i przekazem reżyserskim Emmerich’a. Pominąłem takie kołaczące się myśli, jak ta, że przeżyją tylko bogaci, cwaniacy i niektórzy mądrzy, bo biednych cały świat ma w dupie, czy ta, że chiński przemysł nawet w światowej katastrofie bierze górę nad resztą świata. Jednak jedna myśl zakotwiczyła się we mnie na dłużej, a którą wyłapywałem w kilku momentach w czasie oglądania filmu. Wspomniałem o niej wczoraj, zarówno w notce, jak i wyraziłem ją w Polaryzatorze. Chodzi o to, jak czuje się człowiek w chwili kiedy wie, że śmierć jest nieunikniona. I nie chodzi o to, że każdy ma świadomość, że umrze w bliższej czy dalszej przyszłości, ale o to jak bym się czuł, będąc przy tych których kocham i mając świadomość, że umrzemy za parę minut czy godzin, albo jak bym się czuł, gdyby bliscy byli w tym momencie setki kilometrów ode mnie? I powiem Wam, że przeszedł mnie dreszcz, bardzo nieprzyjemny, który na chwilę mnie zmroził i zgasił uśmiech z mej futrzastej mordy.
WNIOSEK: CHYBA NIKT NIGDY NIE JEST GOTOWY NA ŚMIERĆ, NAWET SAMOBÓJCA.
środa, 18 listopada 2009
Wróciłem z kina. Byłem na 2012. Tak jak obiecałem wszędzie zabieram lustrzankę, w końcu aby coś o niej napisać muszę jej używać. Po filmie naszła mnie refleksja na temat świadomości nadchodzącej śmierci. Skąd się to wzięło? Wyjaśnię przy okazji jutrzejsze recenzji.
W związku z akcją Nikona, i dużej po(pu)larności demotywatorów Polarny postanowił chwilowo być konkurencją dla www.demotywatory.pl i stworzył nową kategorię POLARYZATORY®, w której będzie umieszczał swoje pomysły zdjęciowe, wykonywane dzięki otrzymanej do testów lustrzance Nikon 3000 D. A więc miłej zabawy w nowej kategorii, a ja mam nadzieję, że z czasem zdjęcia i pomysły będą coraz lepsze. A dziś Polarny idzie do kina. Na co? No chyba wiadomo:
wtorek, 17 listopada 2009
Ekhm… ekhm… jakby tu zacząć? Co prawda rzekomo facetów poznaje się po tym jak kończą, a nie jak zaczynają, ale jakoś zacząć trzeba. Polarny jaki jest każdy widzi, a jak nie … to z pewnością wyrobił sobie jakąś opinię. Jedno jest pewne: Polarny dość krytycznie podchodzi do otaczającej rzeczywistości i nie boi się użyć swojej klawiatury, aby się wypowiedzieć. Jednych to boli, innym pasuje, tak czy siak, parę osób to czyta. Mówi się, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi, a Polarny nie boi się cnoty. Wynik? Nikon odważył się poddać krytyce Polarnego, swoją lustrzankę Nikon D3000. Tylko jak tu krytykować coś na czym się kompletnie nie znam?
Dlaczego ja? To dobre pytanie. Uzasadnienia nie dostałem, ale podejrzewam, że jako osoba prosta jak wajcha od traktora (nie pytajcie jaka wajcha, bo to już za trudne)mam szansę wykazać, że tą lustrzanką może zrobić dobre zdjęcie praktycznie każdy, nawet taki prosty, nie mający o fotografowaniu żadnego pojęcia Dźwiedź, co widać na niektórych fotkach zamieszczanych wcześniej na tym blogu. Czy się uda? Zobaczymy. Ale nie ma nic za darmo, bo dziś nawet w ryja za darmo trudno dostać. Ja to luzik. Za bycie Dźwiedziem Eksperymentalno – Doświadczalno - Reklamowym dostanę testowaną lustrzankę w prezencie, chyba, że ją wcześniej zepsuję, to sam oddam, bo po co mi śmiecie w domu mają zalegać. Ale Wy Drogie Czytelniki będziecie skazani przez miesiąc na: widet reklamowy (zajrzyjcie na stronę Nikona może znajdziecie coś dla siebie) moje zdjęcia (spokojnie nie osobiste, i teksty też będą), moje gadanie jak się sprawdza lustrzanka (postaram się nie zanudzić) i generalnie próby fotorelacji z tego gdzie Polarny się zaplącze ze Swoim (bo tak już mogę napisać) Nikonem. I tego ostatniego boję się najbardziej i Wy też się bójcie. Dzięki fotkom pewnie znowu wyjdę na idiotę. Zresztą nie pierwszy, nie ostatni raz, więc bólu nie będzie, ale przynajmniej mam nadzieję, że jakość zdjęć będzie na odpowiednim poziomie, bo o tu już postara się aparat. Słyszałem, że sam robi zdjęcia.
Demotywator Polarnego przy pomocy Nikona D 3000
Dla Was też coś mam – KONKURS!!!! w którym do wygrania jest identyczna lustrzanka, jaką testuje Polarny, czyli NIKON D3000. Jak wygrać to cacuszko? Nie, nie wystarczy skorumpować Polarnego. Trzeba na mój adres harry122@gazeta.pl od dziś do 1 grudnia wysłać jedną fotkę (tytuł meila: Konkurs Nikona), która będzie oceniana w kolejności pod względem: - pomysłu na zdjęcie, czyli kreatywność, inwencja i pomysłowość; - humoru – tego chyba nie trzeba tłumaczyć; - subiektywnego piękna jakie zdjęcie z sobą niesie; - oraz podpisu do zdjęcia. Z nadesłanych fotografii (mam nadzieję, że takie będą) zostanie wybranych 10, które przejdą do drugiego etapu konkursu, i które zostaną zaprezentowane na łamach tego bloga wraz z Nickiem lub nazwiskiem (do wyboru) autora w terminie 2 -14 grudnia 2009 r. Te fotki poddane zostaną głosowaniu czytelników, przez dodanie komentarza na czyją fotkę (nr fotki) oddany zostaje głos. Głosy te nie będą decydować o ostatecznym przyznaniu nagrody, ale będą miały wpływ na ostateczną ocenę jurora o przyznaniu Głównej i Jedynej Nagrody Konkursu – APARATU NIKON D3000.
Wyniki zostaną ogołoszone do dnia 16 grudnia 2009 na łamach mego bloga. Przy wysyłaniu fotek pamiętajcie, że musicie mieć do nich prawa autorskie i zgodę osób, które na nich widnieją na publikację ich wizerunku. Szczegółowy regulamin TUTAJ . Pamiętajcie, że nie spełnienie jakiegokolwiek z warunków konkursu wyklucza zdjęcie z konkursu, a wysłanie zdjęcia na mój adres oznacza zgodę na udział w konkursie i potwierdza zapoznanie się z jego regulaminem. No to aparaty w dłoń!!! Ja idę poznawać swój. Już wkrótce pierwsze fotorelacje. Wszelkie pretensje zgłaszajcie do Brand New Media, bo to oni mnie namówili ;) ja umywam ręce. :) UPDATE: W związku z licznymi pytaniami wklejam roboczy wzór oświadczenia, które należy przesłać w jednym meilu ze zdjęciem konkursowym: Oświadczam, że ja .......................(imię, nazwisko)............................ jestem autorem (autorką) zdjęcia ............ (tytuł zdjęcia - podpis pod zdjęciem) wysłanego niniejszą pocztą na konkurs "Aparaty Nikon" organizowany na blogu nicalbonic.blox.pl i posiadam prawa do jego publikacji.
WNIOSEK: KRYTYKA RODZI POSTĘP I ZROZUMIENIE … ALE RÓWNIEŻ ZAWIŚĆ I WROGÓW.
niedziela, 15 listopada 2009
Obejrzałem. I jedno mogę powiedzieć po raz kolejny: Ci od reklam i zwiastunów są zajebiści!!!! Potrafią pokazać najlepsze sceny, zrypać przy okazji film, bo inteligentny człowiek od razu domyśla się co będzie dalej, spaprają suspens, i co tu dalej oglądać, jak się w 2 minuty obejrzało cały film? Ale musztarda po … szkodzie. Rypło się. Zwiastun obejrzany, co niestety zaszkodziło oglądaniu filmu. Ku..wa!!!! Chyba zbyt domyślny jestem!!!
Obejrzałem. Miałem nadzieję na dużą dawkę dobrej kinowej rozrywki i… przykro mi to powiedzieć, ale zawiodłem się. Efekty specjalne… takie sobie i niczym szczególnym mnie nie zaskoczyły, a bieganina Willisa po enklawie antysurogatów po prostu żenująca. Ja wiem, że tam ganiał w założeniu robot, ale kurde tak zdechłej animacji to ja nie pamiętam od czasów Bolka i Lolka oraz Wilka i Zająca. Ale przynajmniej fajne efekty są na plakatach, zarówno dla Pań jak i Panów.
Obejrzałem. Ciekawił mnie scenariusz. Co nowego i ciekawego wymyśli Micha el Fe rris? Na ile świeża będzie fabuła? Niestety w filmie można doszukać się pewnych kalek z innych filmów SF, ze szczególnym uwzględn ien iem filmu JA ROBOT. Tematyka jakby z leksza podobna, założenia podobne, no i akcja też tak jakoś zbieżna. Tyle, że Ja Robot tchnął świeżością, pomysłowością, humorem, i naprawdę niezłymi efektami sp ecjalnymi. O scenariuszu Ferrisa można powiedzieć, że … jest. Nie jest to scenariusz pokroju Oszukać Przeznaczenie 4, ale na kolana nie powala. W skali od 1 do 5, tak gdzieś 2,5. Cóż, chyba jestem zbyt wymagający nawet od filmów typowo rozrywkowych. Skoro widziało się Terminatory Ferrisa, to chyba można się po nim spodziewać przynajmniej podobnego poziomu, ale cóż, widać nie zawsze.
Fabuły nie będę przybliżał, wystarczy, że obejrzycie powyższy zwiastun, a reszty się sami domyślicie. Jedno co mi się podobało ta gra Willisa. Nie dość, że lubię gościa, to jeszcze gra swoje role na takim luzie, że aż się człowiek zachwyca. Świetne!!! To jest świetne!!! I właśnie z jego powodu nie żałuję podsmażanego kotleta. No i usłyszałem całkiem niedawno, że jestem podobny do Willisa z tych zdjęć, jak się świeżo ostrzygę.
No i się zastanawiam, gdzie niby to podobieństwo, i chyba stwierdziłem, że najbardziej w charakterze postaci, które grywa, no bo chyba nie w krótkich siwych włosach, krótkiej siwej brodzie, rysach twarzy i oczach dziwnie patrzących na otaczający świat. Też tak mam, ale przecież to byłoby zbyt proste, no i nikt na ulicy nie woła do mnie: - Cześć Bruce!!!, i nawet nie: - Cześć Polarny. Ale to dobrze, i z tego się naprawdę cieszę. Podsumowując: film średni, efekty specjalne takie sobie, scenariusz poniżej oczekiwań, gra głównego bohatera na niezłym poziomie. Wynik końcowy 1:0 dla Ja Robot - jak ktoś nie widział, to naprawdę warto.
WNIOSEK: NIEKTÓRZY NIE MAJĄ DUŻYCH WYMAGAŃ OD FILMU. WYSTARCZA IM, ŻE NA NIM NIE ZASNĄ. |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
THE BEST OF HUMOR
THE BEST OF SERIOUS
PIERWSI ... bo tak
RÓŻNY BLOGOWY ŚWIAT
NOWO I STARO ODKRYCI
BLOG ROKU 2007
BLOG ROKU 2008
SKARGI I WNIOSKI DO
DODATKI
p> |